CENY

Byłam niedawno w autorskim butiku Anny Orskiej – jej nazwisko jest znane wśród polskich projektantów biżuterii. Kolczyki, naszyjniki, bransoletki przez nią zaprojektowane są efektowne i z pomysłem, chociaż mogą okazać się trudne w eksploatacji. Ale nawet zakładając, że godzimy się nosić na sobie wymyślny obiekt, 300 zł za bransoletkę ze sznurka z kawałkiem nieszlachetnego metalu – czy to nie przesada?


A może to ja mam obsesję na punkcie cen? Na poważnym francuskim portalu o modzie zobaczyłam bransoletki Proenza Schouler (bardzo podobne do tych Anny Orskiej), marki wysoko notowanej w światowych rankingach. Jak je scharakteryzowano? „150 dolarów sztuka. Te kawałki sznurka wykończone banalną sprzączką doskonale ilustrują tezę o nieuczciwości twórców mody, którzy chcą liczyć sobie niewiadomo ile za produkty pozbawione wartości dodanej”. U nich krytyka jest konstruktywna. U nas o cenach się milczy, uznając, że powinniśmy być wdzięczni polskim projektantom za samo istnienie.
Nie jest tajemnicą, że wieczorowe suknie, które na imprezach  noszą nasze gwiazdy, kosztują krocie. Faktem jest również, że wiele z nich to prezenty za promowanie ”marki”  lub jednorazowe wypożyczenia. Rozumiem: to rzeczy wykonane ręcznie, indywidualnie, z drogich tkanin… A wszystko składa się na cenę produktu. Zgoda, kupując rzeczy Łapińskiej, Osolińskiego, Paprockiego i Brzozowskiego – płaci się za produkt, nie za markę. Ale dlaczego początkujący, przykładowo rzeszowscy autorzy, którzy lubią nazywać się „polish designers”, za swoje dzieła liczą sobie jak za zboże? Wchodzę na stronę internetową sklepu saltandpepper, i oto kilka cen: sukienka z poliestru Ewy Morki – 610 zł, torba Łukasza Stępnia – 2000 zł (?!?) – litości. Za taką kwotę można zakupić  starszy model jakiejś znanej światowej marki lub świetny model chwalonych na świecie torebek polskich projektantów MAKO czy Sabriny Pilewicz.  


Przychodzi mi do głowy, że może sklepy windują te ceny młodych projektantów. Ale bywa, że te „ekskluzywne projekty” żywcem kopiowane są z zagranicznych wybiegów. Cóż „inspiracja” to zjawisko powszechne, ale granica jest cienka. Nie chodzi o to żeby zniechęcać polskich projektantów, ale statystyczny Polak nie wydaje 3000 zł miesięcznie na ubrania…

 

Więcej w tej kategorii: « Czas nie poczeka STOP CZERNIAKOWI »
Powrót na górę