Poogie!

bartek skubiszZa nami trzecia edycja Rzeszów Jazz Festiwal i kilka naprawdę świetnych koncertów. Jednym z nich był występ jednego z najlepszych perkusistów na świecie, Poogie’go Bella. Wielką frajdą było oglądanie gry tego człowieka i jego świetnego zespołu.

Patrzysz na 54 letniego faceta, który 16 lat zasuwał w zespole Marcusa Millera i grał przez lata koncerty z takimi legendami jak Erykah Badu czy Roberta Flack i widzisz jak daje z siebie wszystko dla stu osób tak samo jakby grał dla dziesiątek tysięcy. Widzisz jak cieszy się grą, jak po 3 utworach jego koszula jest w całości mokra od potu i jedyne, co może taka obserwacja wzbudzić, to najwyższy szacunek. Dzień później podczas warsztatów Poogie poruszył oczywiście kwestie techniczne gry na perkusji, gry w sekcji z basem i kilka innych szczegółów, ale mówił przede wszystkim o miłości do gry, o tym, że muzyka jest jedna i może być albo dobra, albo zła, o podstawach, których nie można zgubić po drodze. Takie spotkania nie służą temu, żeby nauczyć się wielu nowych rzeczy a propos samej gry. Ja, choć nie gram na żadnym instrumencie, chętnie w nich uczestniczę, bo dają mi przede wszystkim wielką motywację. Widzisz wesołego, mającego świetny kontakt z ludźmi legendarnego muzyka, widzisz iskrę w jego oczach i wierzysz mu, kiedy mówi żebyś ćwiczył, uczył się nowych rzeczy, współpracował z kolegami. Po takim koncercie i spotkaniu ze zdwojoną siłą zabierasz się do pracy nad swoim materiałem i chcesz pielęgnować w sobie tę pasję, która skłoniła Cię kiedyś do zajmowania się muzyką. Podobnie czułem się rok wcześniej po warsztatach z Deanem Brownem. Myślę, że analogiczny mechanizm działa w wielu innych branżach. Jeżeli autentycznie robisz to, co Cię pasjonuje i chcesz się rozwijać, to o wiele więcej da Ci obcowanie z prawdziwym mistrzem w Twoim fachu, niż słuchanie trenerów mających radę i wytłumaczenia na wszystko i znających sposób na rozwiązanie każdego problemu. Trzeba rozdmuchiwać i rozniecać w sobie wewnętrzny ogień, szczególnie, jeśli coś tworzysz. Bez koncertu i warsztatów z Poogie’m nie byłoby na przykład tego felietonu. Mam nadzieję, że odbiją się też pozytywnie na kolejnych muzycznych przedsięwzięciach. God bless you Poogie!

Powrót na górę