CZY JA ŚNIĘ?

Nigdy nie wiemy, co nas w życiu spotka. Będąc nastolatkiem nagrywałem amerykańskie klipy hip hopowe na kasety vhs, absolutnie nie przypuszczając, że kilkanaście lat później będzie mi dane zagrać z występującymi w nich ludźmi na jednej festiwalowej scenie. Nie przypuszczałem, że uda mi się kiedyś pojechać do Czech na Hip Hop Kemp, jeden z największych hip hopowych festiwali na świecie.

Jeszcze dziesięć lat temu niemal dałbym się za to pokroić. Mówię oczywiście o wyjeździe w roli najnormalniejszego słuchacza. Zawsze czegoś brakowało, a to odwołano „kempobusa” z Rzeszowa, a to nie było kompanów do wyjazdu lub w tym czasie wypadały inne sprawy. Potem koncerty hip hopowe nie cieszyły już tak bardzo i tłumaczyłem się, że „pojadę na Kemp, kiedy będę mógł na nim zagrać”, co oczywiście było tylko sprytnym wybiegiem mającym usprawiedliwić brak mojej determinacji. Dopiero, kiedy zacząłem współpracować z kwartetem Tomka Nowaka, z tyłu głowy zaczęła tlić się malutka iskierka nadziei. Przy pomocy dobrych ludzi zostaliśmy w tym roku zaproszeni na Hip Hop Kemp. Dopiero, kiedy wróciłem z Czech, dotarło do mnie, że spełniłem marzenie i że spotkało nas naprawdę duże wyróżnienie. Dzięki wyjazdowi na 15-tą edycję festiwalu, na nowo uwierzyłem w siłę hip hopu i jego słuchaczy. Choć nadal podchodzę krytycznie do wielu zjawisk, szczególnie jeżeli chodzi o polski hip hop, to będąc na Kempie uzmysłowiłem sobie, że w Europie nadal istnieje spora grupa świadomych i kochających tę kulturę słuchaczy i że są wykonawcy, którzy przy pomocy tradycyjnej hip hopowej formuły „raper/dj” potrafią mnie zaskoczyć i wywołać uśmiech na mojej twarzy. Myślę, że to doświadczenie było równie ważne, jak sama gra na głównej scenie festiwalu, który był oczywiście przeżyciem niezapomnianym. Jeśli chcecie poczuć prawdziwego ducha hip hopu, wyłączcie telewizor, snapchata i jedźcie na Kemp. Warto.
PS. Tydzień później jakże odmienna sceneria. Sopot, okolice molo, festiwal Jazz Wolności odbywający się w 60-tą rocznicę pierwszego jazzowego festiwalu w kraju, otwieranego właśnie w Sopocie m.in. przez Leopolda Tyrmanda i Stefana Kisielewskiego. Festiwal otwiera Matthew Tyrmand, syn Leopolda, który z miejsca staje się „naszym człowiekiem”. Po naszym koncercie i koncercie Michała Urbaniaka wybieramy się wszyscy razem z Matthew i Michałem na jam. Czy to dzieje się naprawdę? Jeśli do tego czasu nie obudzę się ze snu, napiszę o tym coś więcej w przyszłym miesiącu.

Powrót na górę