POZYCJA MISJONARSKA

Znałem kiedyś pewną dziewczynę. Było to dawno, ale są w życiu sprawy, o których pamięta się długo. A niektóre z nich żyją swoim podskórnym życiem, zepchnięte do podświadomości, tylko po to, by wystrzelić niczym gejzer w momencie najmniej oczekiwanym. Zupełnie jak teraz. I tak oto, krok po kroku, dochodzę. Chociaż, co zapewne będzie zaskoczeniem w kontekście tytułu niniejszego felietonu, a także samego jego początku, dochodzę, ale wcale nie na szczyt rozkoszy cielesnej, lecz do pointy.

Naturalnie pułapka, jaką na Was zastawiłem, nie ma na celu obnażenia (bez skojarzeń proszę) braku czujności czy też podatności na manipulację tylko po to, abym mógł tryumfować. Aż tak perfidny nie jestem. Tym bardziej, że mam świadomość, iż z dużą dozą prawdopodobieństwa sam dałbym się w tę sieć skojarzeń złowić. Bo tak to niestety działa i macherzy od mediów w tym kształceni, potrafią wykorzystać to bezlitośnie. Zresztą tak naprawdę miałem pisać o misji telewizji publicznej, ale uświadomiłem sobie, że już kiedyś felieton o tym popełniłem. Dlatego pozwólcie, że przejdę do dziewczyny, o której wspominam na samym początku tej pisaniny. Wysoka inteligencja i ogólne obycie nie przeszkadzały jej być wierną fanką telewizyjnego tasiemca „Moda na sukces”, co wywoływało u mnie dysonans poznawczy. Gorzej już tylko zniósłbym fakt, że rok w rok zwykła zażywać kąpieli błotnych podczas Przystanku Woodstock. Przepełniony zatem zupełnie nieuzasadnionym poczuciem wyższości w obliczu tej ambarasującej przypadłości, próbowałem tyleż taktownie, co nieudolnie, wpływać na telewizyjne preferencje owej dziewczyny. Przyjąłem w tym celu „pozycję misjonarską”, która czyniła mnie w tej sytuacji niezwykle groteskowym w powadze mych starań. Oczywiście nie wskórałem wówczas niczego, a zagadka „Mody na sukces” po dziś dzień nie została przeze mnie rozszyfrowana. Niewykluczone, że dla tej niezwykle bystrej dziewczyny, oglądanie amerykańskiego tasiemca było czymś na kształt guilty pleasures. Żywię cichą - a być może także niestety i płonną - nadzieję, że tym samym nie jest dla Was czytanie tego felietonu.

Powrót na górę