NOWY ROK BIEŻY

Wbrew powyższemu tytułowi, nie o kolędach i pastorałkach traktować będzie niniejsza pisanina. Co nie zmienia faktu, że zarówno jedna, jak i druga tematyka bardzo mocno osadzone są w grudniowym klimacie. Bo ostatni miesiąc roku sprzyja podsumowaniom, bilansom zysków i strat, kalkulacjom. W tym miejscu pragnę uspokoić wszystkich Czytelników obawiających się wróżenia z fusów, tudzież jasnowidztwa z mojej strony. Zamiast tego, możecie liczyć na małe political fiction. Chociaż to, co dokonało się na przestrzeni roku bieżącego, nakazuje ostrożniejsze posługiwanie się rzeczownikiem „fikcja”.

Aby dowieść tej tezy, konieczne będzie przeniesienie się w czasie do grudnia A.D. 2015. Kto bowiem rok temu o tym czasie przypuszczał, że ponad 52% obywateli Zjednoczonego Królestwa opowie się za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej? A kto stawiał na zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich za oceanem? Jeśli chodzi o to drugie wydarzenie, my Polacy mieliśmy ułatwione zadanie, bo całkiem niedawno przerabialiśmy to w związku z wyborami prezydenckimi w naszym kraju. Nawet butne oświadczenie Adama Michnika, że Bronisław Komorowski przegra walkę o reelekcję tylko w przypadku, kiedy pijany przejedzie ciężarną zakonnicę na pasach dla pieszych, nie miało mocy profetycznej. Całe szczęście, zakonnica ocalała, a zmiana personalna w Belwederze i tak się dokonała. I to pomimo tego, że większość mediów już odtrąbiła zwycięstwo Komorowskiego, posiłkując się sondażami przedwyborczymi sporządzanymi według - delikatnie mówiąc - specyficznej metodologii. Analogiczna sytuacja miała miejsce w trakcie tegorocznej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych, gdzie najcięższe medialne działa wymierzone były permanentnie w kandydata republikanów. Jak widać strzelano ślepakami. Tymczasem rok 2017 przyniesie wybory we Francji i w Niemczech. Zawodowi zaklinacze rzeczywistości będą mieć trudny orzech do zgryzienia, bo wmawianie Francuzom i Niemcom, że tylko zachowanie status quo na kluczowych stanowiskach w rządach ich krajów gwarantuje względną stabilizację i przewidywalność politycznego kursu, może się okazać nie lada ekwilibrystyką intelektualną. Dlatego nawet tak nieprawdopodobny jeszcze kilka lat temu scenariusz, jak wybór Marine Le Pen na prezydenta Francji, wydaje się być realny. Coraz bardziej realny z każdym kolejnym zamachem.

Powrót na górę