Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 198

Lajkwaluta

  • Napisane przez 

If I tell my Facebook friends about your brand, it`s not because I like your brand, but rather because I like my friends” (Mike Arauz). (Jeśli piszę na swoim Facebook`u o twojej marce, to nie dlatego, że lubię twoją markę, ale raczej dlatego, że lubię swoich przyjaciół). Przyjaciół, których chcę poinformować o dobrej marce, wspaniałym produkcie, ciekawym wydarzeniu, wartościowej akcji etc. Przyjaciół, których cenię i chcę angażować w to, co dla mnie ma szczególne znaczenie.

 

Styczniowe wydarzenia związane z lawinowym pojawianiem się na Facebooku profili poświęconych Łukaszowi Berezakowi, nieuleczalnie choremu 10-latkowi, który kwestował na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, skłaniają do refleksji. Jak się bowiem okazuje, zaangażowanie i wielki duch Łukasza okazał się magnesem zarówno dla tych, którzy darząc go współczuciem, ale jednocześnie podziwem, podarowali mu swoje „lajki”, jak również tych, którzy na tych „lajkach” chcieli docelowo zarobić. Wielu z nas zapewne, utożsamiając się z cytowanymi powyżej słowami Arauz`a, zaangażowała spore grono znajomych do wsparcia profilu „Bijemy rekord polubień dla Ciebie”. Abstrahując jednak od całej sytuacji i nieuczciwości twórców profilu, warto zastanowić się nad wspomnianym w nazwie „rekordem polubień”. Co on bowiem znaczy dla Łukasza – w jaki sposób ten rekord może mu pomóc?

 

Nie tak dawno szwedzki oddział Unicefu w ramach kampanii Likes don’t save lives (Lajki nie ratują życia) przygotował spoty reklamowe, w których przedstawił absurdalność myślenia, iż polubienie profili organizacji pozarządowej na portalu społecznościowym przekłada się na bezpośrednią pomoc potrzebującym. Agencja Forsman&Bodenfors, która stworzyła spoty, zdaje się nam powiedzieć – „mylicie się…”, „jesteście w błędzie…”. Dwóch mężczyzn próbuje zapłacić „lajkami” w sklepie odzieżowym, restauracji i u fryzjera. „Czy wyda pan resztę z 500 lajków?” – pyta jeden z nich. Ostatni spot nie jest już jednak tak zabawny jak poprzednie. Ukazano w nim 10-letniego chłopca, który po śmierci matki musi opiekować się młodszym bratem. Chłopiec zwraca się bezpośrednio do kamery, wierząc, że dzięki „lajkom” otrzyma pomoc: „Czasami boję się, że zachoruję tak samo jak moja mama. Kto wtedy zaopiekuje się moim bratem? Szwedzka strona Unicef ma dziś 177 000 fanów na Facebooku. Może do lata zdobędą ich 200 000. Wtedy będziemy bezpieczni”. „We have no thing against likes, but vaccine costs money” (Nie mamy nic przeciwko „polubieniom”, ale szczepionki musimy kupować za pieniądze) Unicef wyrażając rozczarowanie wsparciem, które zatrzymuje się na profilach społecznościowych, zwraca uwagę, że media społecznościowe mogą być dobrym pierwszym krokiem, ale nie można się na tym zatrzymać. „Lajki” nie uratują życia dzieciom. Mocne słowa – dające do myślenia.

 

Ludzkie dramaty i nieszczęścia dzieją się w świecie, którego nie zrozumiemy siedząc przed monitorem komputera. W takiej rzeczywistości potrzeba realnej pomocy. Takie z kolei przesłanie wyłania się z kampanii „Liking isn’t helping” ('Lubienie' to nie pomoc), chrześcijańskiej organizacji Crisis Relief Singapore, zajmującej się pomocą ofiarom katastrof i klęsk żywiołowych w Singapurze. W akcji społecznej wykorzystano plakaty prezentujące drastyczne zdjęcia ofiar katastrof. Każdą fotografię „włożono” w ramkę uniesionych w górę kciuków. Tym kontrowersyjnym zestawieniem dramatu i symboli internetowego zaangażowania posłużono się, by zwrócić uwagę internautów na problem zaangażowania, które kończy się na jednym kliknięciu – bo przecież tak łatwo zapomnieć o tym, co niemiłe dla oka.

 

Dotarcie do jak największej ilości użytkowników profilu, tym samym inwestowanie w cenną społeczną walutę, stanowi ważną część działań promocyjnych, trudno jednak nie zgodzić się z argumentami Unicefu i Crisis Relief Singapore. „Lajki” budują wiarygodność, zaufanie, a efekt „kuli śnieżnej” pozwala tworzyć ogromną społeczność w myśl słów Arauz`a – „…bo lubię swoich przyjaciół”. Zwracajmy jednak uwagę, w jaki sposób wydajemy tę walutę i czy aby nie trwonimy jej na darmo.

Jacek Wach

 

Więcej w tej kategorii: « Wstrząśnięci – zmieszani?
Powrót na górę