BYĆ CTFROWYM?

Przepraszam za prywatę, ale muszę jakoś zacząć niniejszy felieton – przeprowadziłem się do własnego mieszkania. Zresztą wraz żoną zrobiliśmy to, jak nam się wydaje, w rekordowym czasie. Sami, malutką toyotą, przewieźliśmy cały nasz… ekhm, dobytek w ciągu dwóch dni. Właściwie to w weekend. Wcześniej musieliśmy się spakować, a największą trudnością okazały się najbardziej kruche przedmioty, czyli szklanki, kubki, zastawa, dzbanki etc. A najcięższe? Nie zgadniecie… Książki! Wyobraźcie sobie, że cały mój „arsenał” książkowy udało mi się upakować w pięć największych walizek na kółkach, a każda z nich ważyła po około 25, może nawet 30 kilogramów.

Proszę zauważyć, że to tylko mój zbiór, a gdzie żony, który porównywalny jest z moim? Wobec powyższego mamy sytuację dubel, bo te książki i tak trafią na wspólne regały i półki we wspomnianym nowym mieszkaniu. I teraz tak, jak to przetransportować? Walizki mają swoją maksymalną wytrzymałość, a wydaje mi się, że te ostatnio resztką swych sił konstrukcyjnych jakoś wytrzymały cały ten balast. OK, udało się to wszystko znieść, przewieźć i wynieść na górę… OK, macie mnie, na górę wywiozła winda – przywilej nowego budownictwa! Po pewnym czasie zobaczyłem przed sobą w pustych jeszcze pomieszczeniach, na samym ich środku, potężne walizy, pękate od nadmiaru wrzuconego, wciśniętego i zmiażdżonego niemal materiału książkowego w ich wnętrzach, o milionach liter, setkach tysięcy stron oraz setkach okładek twardych, miękkich, w obwolutach, ze zdjęciem, obrazkiem, bądź samym tylko tytułem i rzecz jasna autorem. W głowie kotłujące się myśli, począwszy od „no to się nazbierało",, poprzez  „jak to możliwe, że tyle się nazbierało" a także „popatrzcie – cały mój księgozbiór w tylu a tylu walizach", na prawdziwym samozadowoleniu, istnym podnieceniu, że już za jakiś czas, kiedy przyjdą regały, wreszcie ułożę sobie mój ukochany księgozbiór i to tak, jak ja będę tego chciał, tylko wedle moich reguł, wedle tematu, wielkości woluminu, koloru okładki etc. I nagle jeszcze jedna myśl, która rozsadza wszystkie pojawiające się wcześniej, wprost rozbijająca je jak cząsteczki atomu… Nie lepiej zrobić się cyfrowym i wszystkie te książki przerzucić do komputera, tabletu, bądź telefonu? Nie lepiej uszeregować sobie według folderów i w dowolnym momencie, w dowolnym miejscu „odpalić” sobie tekst i pogrążyć się w jego odmętach? Jak myślicie, czy to dobry sposób? Czy w zestawieniu z cierpieniem, jakie przeżywałem, podnosząc to wszystko, kiedy moje plecy i ramiona niemal eksplodowały z bólu, a resory w malutkiej toyocie prawie wysiadły na dobre? Nie, nie! I po trzykroć: NIE! Już lada moment przyjdą regały, a tam… a tam ułożę sobie moje skarby wedle tematu, wedle tytułu, wedle wielkości i koloru okładki. Po swojemu…

Powrót na górę