Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 199

Nie kupuję płyt, bo mam internet

  • Napisane przez 

Zanim przeczytasz ten tekst, zastanów się nad dwoma rzeczami. Ile w tym roku kupiłeś oryginalnych płyt? A kiedy ostatnio słuchałeś muzyki z prawdziwego, fizycznego nośnika? Trochę niezręcznie pytać o tak oczywiste sprawy. No, przynajmniej jak dla mnie. Jeżeli zdałeś test pomyślnie i Twoje odpowiedzi to nie „zero” i „daaawno temu”, to serdecznie witam w gronie muzycznych dinozaurów – stale pomniejszającej się grupie społecznej, która podobnie jak zbieracze samochodów z gumy Turbo czy kolesie grający w kapsle na ulicy kiedyś przejdzie do historii.

Umówmy się, że nie jestem stary, ale pamiętam czasy, kiedy nie było Internetu, a nowej muzyki słuchało się głównie w radiu. Żeby mieć dostęp do płyt, kaset czy winyli, trzeba je było sobie kupić albo pożyczać od znajomych. Sporo ludzi poznałem dzięki takim wymianom, które dzisiaj nie mają większego sensu. Teraz po paru kliknięciach możemy mieć dyskografię swojego ulubionego zespołu wraz z nigdy nie wydanymi demówkami na komputerze. Internet rozwiązał wiele problemów, ale stworzył zupełnie nowe, bo łatwy dostęp do, powiedzmy, darmowej muzyki, stawia pod znakiem zapytania konieczność wydawania muzyki w fizycznej formie.

Kiedy byłem dzieciakiem, to na słuchaniu muzyki spędzałem godziny. Nie słuchałem jej podczas sprzątania, dawania lajków na fejsie czy oglądania śmiesznych kotów w internecie. Po prostu siedziałem z okładką w rękach, czytałem teksty i zagłębiałem się w muzykę. Winyl czy kaseta magnetofonowa wymuszały takie zachowanie. Trzeba było słuchać utworów w całości bez przeskakiwania co 15 sekund dalej. Płyty znało się kawałek po kawałku, a teraz mimo milionów wyświetleń na you tube, kto słuchał albumu Gotye, Psy czy Weekendu w całości?

Może żyję przeszłością i nie rozumiem jak się teraz słucha muzyki i do czego ona służy, ale ciężko mi wyobrazić sobie czasy, w których nie wydaje się muzyki w formie fizycznej. Już widzę te artykuły na portalach muzycznych „Już za miesiąc premiera nowej mp3 Kultu” albo „na dyskografię zespołu składa się osiemnaście mp3 i cztery video na you tube”. Płyta to nie tylko zbiór plików audio tego samego artysty. Płyta to cały zamysł, który układa kolejne utwory w spójną całość, dopełnioną utrzymaną w klimacie albumu oprawą graficzną. Kolejność nie jest przypadkowa. Długość, dobór utworów i grafika też. Pamiętam jak doszukiwałem się smaczków, niuansów i porozumiewawczych mrugnięć okiem do fanów zawartych na okładkach Iron Maiden. Na mp3 tego nie zobaczysz. Słuchając kawałka z you tube podczas ubijania kotleta też tego raczej nie poczujesz. Chyba, że włączysz Behemotha.

Zresztą nie chodzi tylko o to, że z płyty słucha się lepiej niż z cyfrowego pakietu danych. W momencie, gdy sprzedaż płyt całkowicie się załamie, co już następuje, a fani ograniczą się wyłącznie do internetu, to nowych płyt już nie będzie. Bo po co. W końcu marzeniem wielu drobnych wydawców jest obecnie to, żeby minimalny nakład z 500 sztuk zmniejszyć do 300, które i tak ciężko będzie sprzedać. Owszem, znajdzie się pewnie kilku koneserów, co widać choćby na przykładzie wydawanych obecnie w mikroskopijnych nakładach kaset magnetofonowych. Mimo tego sceny muzycznej na tym nie zbudujesz. Zostaną tylko masowe produkty typu Justin Bieber czy One Direction, które sprzedadzą koszulkę, czapkę, szczoteczkę do zębów, bidon, a nawet, o zgrozo, płytę opatrzoną swoim logiem.

No widzisz. Jeżeli nie kupiłeś w tym roku jeszcze żadnej płyty, to idź do pobliskiego sklepu muzycznego i kup album zespołu, który lubisz. Szkoda tylko, że wszystkie sklepy muzyczne już upadły.

Więcej w tej kategorii: Pół roku na podkarpackiej scenie »
Powrót na górę