Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 199

Już nie ma dzikich knajp

  • Napisane przez 

Jesień to czas, gdy dzieciaki wracają do szkoły, studenci na zajęcia, a hipsterzy zaczynają składać ludziki z kasztanów.

Jest to także moment, w którym rozpoczyna się kolejny sezon koncertów klubowych. Listopad i przemijalność pór roku skłaniają do refleksji nad zmianami, które rozgrywają się nie tylko na froncie przyrodniczo-pogodowym. Każdego roku zmienia się bowiem knajpiany krajobraz, a wiele fajnych lokali znika z klubowej mapy Podkarpacia.

Największa klubowa rotacja tradycyjnie odbywa się w Rzeszowie. Kiedy zaczynałem chodzić na koncerty, miasto wyglądało zupełnie inaczej. Ze starych miejsc praktycznie pozostały tylko studencki Plus i Pod Palmą, z których pierwszy w owym czasie był niemal wiernym odzwierciedleniem nieistniejącego klubu O To Chodzi na Zalesiu – miejsca, w którym zaliczyłem swój pierwszy punkrockowy koncert. Jednak dopiero gdy sam zacząłem grać, udało mi się zwiedzić większość sensownych lokali w okolicy. Było w Rzeszowie parę klubów, które miały fajny klimat – Gambit i Le Greco na Dąbrowskiego, Reaktor Sztuki/¼ Mili przy hali na Podpromiu, osobliwa Depresja/Formalina, maleńkie Moniuszki 11 czy rock’n’rollowe Od Zmierzchu Do Świtu, jednak każdy po dłuższym (lub krótszym) czasie intensywnego działania przechodził do historii. Podobnie jak te większe kluby, jak Live czy stara Akademia, w której występowali nawet Niemcy z Die Toten Hosen.

Koncertowych klubów w województwie, które przeszły do historii, było znacznie więcej. Byliście w Zasaniu w Sanoku albo w Epoce w Nisku? Tak dziwacznego klimatu już się nie odtworzy.

2013 rok też nie był łaskawy – w Rzeszowie zamknięto Mientę i Red Zone. W Ropczycach poszła z torbami legendarna Cegła, a w Biłgoraju do historii przeszło prężnie działające CKN Pogotowie. Wspomniane kluby były stałymi miejscami tras koncertowych mniejszych i większych zespołów, a mimo to zniknęły. Zresztą, upadek lokali to dość zaskakujący proces. Odczułem to bukując daty koncertów na początku roku. Miałem grać w Red Zone, a trzy dni przed koncertem dzwoni telefon, że zamykają klub ze skutkiem natychmiastowym. Podobnie było z Cegłą, miał być pożegnalny koncert, ale lokal nie doczekał. Co zrobić, biznes to biznes, a rynek jest trudny. Pozostaje tylko chodzić na koncerty, póki jest gdzie pójść, bo, parafrazując słowa piosenki Ireny Santor, możliwe, że kiedyś nie będzie ani dzikich knajp, ani gwarnej kafejki przy molo.

Więcej w tej kategorii: « Pół roku na podkarpackiej scenie
Powrót na górę