Fot.  Paweł Dubiel Fot. Paweł Dubiel

RAZ NA STO - BEZ CIĘĆ

WŁAŚNIE TRZYMACIE W RĘKU SETNE, JUBILEUSZOWE WYDANIE MAGAZYNU DAY&NIGHT. ZA HISTORIĄ SUKCESU TEGO JEDYNEGO RZESZOWSKIEGO LIFESTYLOWEGO PISMA - NIE WLICZAJĄC OCZYWIŚCIE ZESPOŁU REDAKCYJNEGO I WIELU WSPÓŁPRACOWNIKÓW STOI ROBERT WRÓBEL OSOBA ZNANA NIE TYLKO WIELU RZESZOWIANOM. W LUŹNEJ ROZMOWIE OPOWIADA JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE ZOSTAŁ - JAK SAM ŻARTOBLIWIE OKREŚIŁ - MAGNATEM PRASOWYM.

 

Tak się składa, że ja rozpoczęłam współpracę z Day&Night zanim Ty przejąłeś tytuł. Pamiętam jak poprzedni wydawca oznajmił redakcji, że kupiłeś magazyn i Ty  nim pokierujesz. Jak to się stało, co zdecydowało, że zostałeś również wydawcą?

Jak to w życiu bywa, przesądził przypadek, a właściwie zespolenie paru spraw, które w jednym czasie się pojawiły. Nigdy nie myślałem o byciu wydawcą gazety. Nigdy nawet o tym nie marzyłem. Zdarzyło się, że przeglądając jakieś pisma zastanawiałem się jak ja bym taką czy inną rzecz zrobił. W przypadku Day&Night nastąpił splot sytuacji i w jego wyniku pojawiła się propozycja przejęcia tego magazynu. W pewnym sensie nie mając wyjścia zdecydowałem się. Day&Night kupione zostało od ludzi z Bostonu, którzy pomieszkiwali w Rzeszowie, wydając  właśnie tutaj jeszcze inne wydawnictwo ukazujące się w USA.

Przejąłeś magazyn właściwie na samym początku. Wcześniej pojawiły się zaledwie trzy numery. Nie bałeś się, krótko mówiąc kupić kota w worku?

Kiedy miał pojawić się pierwszy numer miałem kontakt z osobami, które go współtworzyły. Ideą poprzedniego właściciela był magazyn o Rzeszowie, a biorąc do ręki pierwszy numer właśnie tego Rzeszowa mi brakowało. Już po tamtym wydaniu przeszła mi przez głowę myśl na temat tego co ja bym w nim zmienił. Kiedy przejąłem tytuł, zacząłem powoli wprowadzać moje wizje zmiany. Moim marzeniem wtedy było, aby stworzyć taką jakby namiastkę Time Out-pisma, które mi osobiście przez lata ułatwiało szybkie ogarnianie tego, co dzieje się  np. w Nowym Jorku, podczas moich kilkudniowych pobytów. A tam zawsze działo się i dzieje nadal. Zawsze też łatwo przegapić coś interesującego. Wspominając Time Out mam na myśli czas, kiedy informacje tego typu uzyskać można było głównie dzięki wersji drukowanej. Wiadomo, że teraz wygląda to zupełnie inaczej. Wracając do Day&Night to od razu zaczęliśmy eksperymentować pomimo świadomości, że Rzeszów to nie Nowy Jork i wydarzenia jednego tygodnia zajmą około pół strony, gdzie Time Out miał wtedy po minimum 120 stron na tydzień. Oczywiście nie był to wyłącznie kalendarz, ale również polecane, lub reklamowane wydarzenia czy miejsca. Teraz powiedzieć mogę, po tylu latach i tylu wydaniach, że jestem w stanie wykreować, zbudować od podstaw kolejny tytuł, który chodzi mi od jakiegoś czasu po głowie. Natomiast czy tego chcę? Nie wiem.

Niewątpliwie wydawca jest bardzo ważną osobą, ale za tworzenie magazynu odpowiedzialny jest sztab osób począwszy od redaktora naczelnego, dziennikarzy, grafików, korekty i przede wszystkim sprawnie działającego działu marketingu. Ty przejąłeś magazyn z całym jego inwentarzem. Zmienił się jedynie redaktor naczelny, a jest to osoba bardzo ważna. Było też tak, że sprytnie przez dłuższą chwilę to Ty osobiście kierowałeś magazynem.

Przejmując magazyn nie skupiałem się na tym kto będzie redaktorem naczelnym. Zaczynając nie chciałem burzyć tego, co już było wypracowane, zbudowane i wydawało się, że dobrze działa. Chciałem mieć czas na to, by dobrze poznać zespół redakcyjny. Przyznam się, że przez dłuższy czas w porozumieniu z poprzednim redaktorem naczelnym, którym był jeden z wcześniejszych właścicieli, każde nowe wydanie rozpoczynało się od  słowa redakcyjnego pisanego przeze mnie, ale podpisywane było jego imieniem i nazwiskiem. Nie chodziło o to, że miałem problem z podpisaniem się, ale tak dalece nie chciałem zmieniać personalnie niczego na początku.  Podobna sytuacja  zresztą trwała też jakiś czas,  gdy po pewnym czasie podjąłem decyzję, a poniekąd wyszło to naturalnie, że w prowadzeniu pisma może doskonale poradzić sobie  Roksana Głowińska. Wtedy  z Przemkiem Skibą i Roksaną w Media Show stanowiliśmy Wielką Trójcę i to był bardzo wesoły czas. Każdy w spontaniczny sposób przejmował bez konieczności narzucania różne, nowe i zaskakujące role, a wynikające z potrzeby sytuacji. Przemek na przykład przez długi czas dzielnie jeździł nad ranem do drukarni w Krakowie zwalniać pismo do druku, podczas gdy w Rzeszowie, praktycznie do ostatniej chwili, trwał jeszcze ostateczny skład magazynu.

r wrobel 2

Pamiętam kiedy przyprowadziłeś Roksanę pierwszy raz do redakcji. Wydawała mi się strasznie młoda, no i powiem szczerze, nieznana w środowisku dziennikarskim.

Tak się składa, że już wtedy z Roksaną współpracowaliśmy na kilku płaszczyznach od kilku lat. Faktem też jest, że udaje mi się odkrywać w ludziach talenty, a czasem je po prostu im uświadamiać. W pewnym sensie otwieram możliwości i pomagam  im się rozwijać dając wszystko co mogę i potrafię w danej kwestii. Staram się  współpracować z osobami, które mają jakąś wizję, są samodzielne oraz z takimi, którym ufam i  z którymi po prostu się dogaduję. Czasami bez słów. To bardzo ważne. Wtedy  wchodząc w Day&Night my też przyglądaliśmy się pracy redakcji, która już dobrze funkcjonowała. Na dobrą sprawę to my dokomponowaliśmy się. Nie było potrzeby jakiejś radykalnej zmiany w zespole. Na początku skupiliśmy się na stronie graficznej pisma, a także marketingu. Potem Day&Night stało się samodzielnym bytem pod wodzą Roksany, a ja ograniczyłem się wyłącznie do roli wydawcy. Moim założeniem było, aby Day&Night stało się samodzielnym, niezależnym tworem. I tak się stało. Ja od wielu lat współpracując z mediami nie chciałem być postrzegany w relacjach z nimi przez pryzmat bycia wydawcą. Zamierzeniem od powstania Day&Night było tworzenie magazynu lifestylowego i po jego setnym wydaniu mogę powiedzieć, że to się udało.

A nie korciło Cię aby zmienić styl pisma? Iść wyłącznie w stronę biznesową, politykę? Rynek reklamowy w tym sektorze jest bardziej bogaty. Przecież Day&Night jest pismem bezpłatnym, utrzymując się wyłącznie z reklam.

Lifestyle jest mi bliski, bo ja się tym od wielu lat interesuję i właściwie przez swoje działalności w dużej mierze tym się zajmuję. Myślę, że czułbym się nieswojo angażując się wyłącznie w tematy gospodarcze czy polityczne. Zresztą nigdy tego nie chciałem, pomimo że studiowałem socjologię, wtedy jeszcze nauki społeczne. A może właśnie dlatego. Co nie oznacza, że formuła Day&Night nie pozwala  na wypowiadanie się na jego łamach na tematy gospodarcze czy polityczne w ważnych sprawach. Day&Night stara się robić to tak, aby trzymając wydanie, np. sprzed pół roku, było ono wciąż aktualne. Sama wiesz, że istnieje wiele przykładów, na to, że tematy, które pojawiły się w Day&Night wywołały dyskusję nie tylko na forum Rzeszowa czy Podkarpacia,  ale też na forum ogólnopolskim.
Wracając do pytania przyznam, że korciło mnie przez chwilkę, aby Day&Night było takim pismem również z nowinkami z życia osób publicznych.  I nie myślałem o plotkach, pomimo że jak wiesz mam bezpośredni kontakt z wieloma osobami znanymi i dostęp do takich newsów, za które niejedno plotkarskie medium dałoby się pokroić. Takie wydawnictwa mają się dobrze i budują swoją popularność na wiadomościach nie do końca prawdziwych, ale opierających się na jakiejś części prawdy. Na tym swoją gigantyczną popularność w Polsce zbudował choćby  portal Pudelek. Był czas, że portal ten miał więcej odsłon dziennych, niż wszystkie liczące się, rzetelne portale informacyjne razem wzięte. Gdzieś mi to w którymś momencie przemknęło przez głowę. Ale zdecydowałem się nie iść tą drogą. Nigdy nie epatowałem swoją prywatnością, tak samo szanuję prywatność moich przyjaciół, znajomych i chcę, aby  Day&Night szanowało to u swoich gości. W związku z powyższym ograniczyłem się do  roli polegającej jedynie na umożliwianiu kontaktu redakcji z wybranymi znanymi osobami.

Przyznaję z perspektywy czasu, że miałeś rację pozostawiając profil pisma takim jakim powstało. Pamiętam, że co chwila powstawały w Rzeszowie jakieś wydawnictwa, które zamykały się zaledwie po kilku numerach.

Tak, a osoby je tworzące chciały rzeszowianom i przy okazji nam pokazać, że to trzeba robić zupełnie inaczej, bardziej kontrowersyjnie, sensacyjnie, być po jednej lub po drugiej stronie, niekoniecznie sprawdzając co jest u źródła. A czas pokazał, że to ma krótką popularność. Pojawiały się też tytuły próbujące Day&Night naśladować. Takie akcje powodowały zamieszanie i miały swoje reperkusje wśród partnerów Day&Night, reklamodawców, a jak wiadomo magazyn istnieje dzięki nim.
 

Pamiętam jak uprzedzałeś nas, że era gazety drukowanej powoli się kończy i czytelnictwo przenosi się do internetu. Można teraz czytać gazetę przez issuu i nawet, szeleścić przekładając strony. Naturalnie powstała strona internetowa, magazyn istnieje w mediach społecznościowych, powstała aplikacja poszerzająca ofertę. A czas pokazał, że jednak drukowane wydanie wciąż jest pożądane przez naszych czytelników.

Będąc wydawcą pisma, przez te wszystkie lata sięgałem po rożne zestawienia, wyliczenia i prognozy branżowe związane z rynkiem prasowym i wydawniczym. Interesowałem się tym naturalnie, aby planować strategiczne ruchy - czy w ogóle poświęcać temu czas, w taki czy inny sposób, albo czy od razu zmienić formułę i przestać wydawać pismo. Jeszcze trzy lata temu wszelkie wskaźniki pokazywały, że żegnamy się z prasą drukowaną w sensie biznesowym. I wcale się to nie sprawdziło. Przetrwały te cenione pisma, których czytelnik nie wyobraża sobie nie mieć w ręce.  Ja na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, żebym nie miał wydania drukowanego Day&Night. Muszę jednak przyznać, że czytając Day&Night w internecie, mogę powiększyć sobie np. czcionkę do takich rozmiarów, że nie muszę zakładać okularów, które stają się coraz częściej dla mnie koniecznością, gdy czytam wydanie papierowe. Tak czy inaczej, te pisma, które są cenione między innymi za formę, to jak są wydawane pod względem graficznym, za dobór papieru, mają się dobrze. Zmieniły się tylko proporcje, bo dane wydawnictwo może istnieć na wielu płaszczyznach i docierać do jeszcze większej ilości czytelników i odbiorców drogą elektroniczną. Sam nakład drukowany stanowi obecnie tylko część wydawnictwa Day&Night.

Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że nie spodziewałeś się, że magazyn dożyje setnego numeru. Zakładałeś, że magnatem prasowym będziesz tak długo?

Po pierwsze, nie chciałem nigdy zgodzić się na rozmowę na łamach  gazety, którą wydaję, żeby nikt nie musiał się zastanawiać czy kazałem tak lub inaczej ją napisać. Cisnęliście jako redakcja od początku i wielokrotnie wracało to jak bumerang, aż w którymś momencie powiedziałem, że jeśli dożyjemy setki to się na to zgodzę. Szczerze wydawało mi się to wtedy odległe i nierealne. Ale mamy setne wydanie, więc rozmawiamy… Raz na sto. Jedyny warunek to bez cięć proszę.
A tak na serio, to gdyby nie sytuacja, która wynika z prowadzenia kilku innych różnych moich działalności i gdyby to była branża inna niż około marketingowa, promocyjna, to byłoby to pewnie trudniejsze, albo po prostu niemożliwe. Nigdy nie podchodziłem do tego wydawnictwa stricte komercyjnie, tym bardziej, że wiele razy do niego dopłaciłem. To nie jest też tak, że to jest forma kaprysu. Najlepiej wiesz, bo tworzyłaś ten magazyn od początku i  pomimo tego iż od pewnego momentu dawno temu zostawiłem zespołowi zupełnie wolną rękę w wydawaniu magazynu, to i tak odpowiedzialność za każde wydanie tak na końcu nie spoczywa na nikim innym tylko wyłącznie na mnie.

r wrobel 3

Fot.  Przemek Skiba

Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że w Day&Night panuje wyjątkowa atmosfera. Zmiany personalne oczywiście zdarzają się, ale nie są częste patrząc z perspektywy czasu.

Oczywiście idealnie byłoby zatrzymać czas albo zablokować indywidualną zawodową drogę rozwoju każdej osobie, z którą nam przychodzi współpracować. Nie jest to możliwe, zresztą nigdy tak nie postąpiłbym wobec nikogo. Lubię zmiany i dynamikę jaką za sobą niosą. To jest naturalna kolej rzeczy. Nie wiem, co może zmienić się niebawem w obecnym składzie Day&Night. Na chwilę obecną jest bardzo dobry, obiecujący team, w skład którego wchodzą zarówno długoletni współpracownicy, jak i nowe osobowości. Redakcję prowadzi Mariola Szopińska, która zaczęła i związała swoją drogę zawodową z Day&Night i przeprowadziła pismo przez trudny okres jego istnienia, o czym mało kto wie. Zawsze bardzo ważny był i jest dział marketingu i mogę przywoływać teraz wiele samorodnych talentów, czasem prekursorów niesamowitych technik sprzedażowych. Uśmiecham się z sympatią jak sobie myślę o poszczególnych osobach. Zero złych wspomnień, chociaż nie zawsze było z górki. Teraz bardzo dużą energię  Day&Night daje nowy w stu procentach piękny dział marketingu. Stworzenia zespołu podjęła się ambitna osoba, doskonale zorganizowana czego efekty błyskawicznie widać. Szybko i bezbłędnie zrozumiała czym jest i może stać się dla naszych partnerów Day&Night.

Zdradzisz trochę planów, co czeka na czytelników w kolejnych wydaniach?

Po stu indywidualnie stworzonych wydaniach, które sygnowały oryginalne okładki, od  sto pierwszego, jeśli tylko redakcja zdąży, jest plan aby troszeczkę zaszaleć. Czas, aby dodać temu wydawnictwu możliwości i walory, jakie z powodzeniem daje internet i nie jest to bynajmniej żadne odkrycie. Nie chcę za dużo  deklarować się w imieniu redakcji, ale jest plan i wywodzi się on z pomysłów nowych osób dołączających do zespołu tworzącego Day&Night. Jedyne co można na tym etapie powiedzieć to to, że Day&Night chce być jeszcze bliżej swojego czytelnika. Dawać mu więcej możliwości. A czy to wyjdzie? Zweryfikuje czas.

A wiemy, że czytelnicy lubią podglądać, komentować czy choćby uczestniczyć w każdym momencie powstawania nowego numeru. Przykładem niech będą liczne wizyty wiernych czytelników w redakcji, albo słynne Day&Night Party w klubach, które gromadzą nie tylko czytelników, promujące magazyn.

Dlatego właśnie redakcja myśli o dodatkowej formie przekazu. Wszyscy mamy taką naturę, że lubimy w czymś uczestniczyć bezpośrednio lub podglądać jak coś powstaje. Zwłaszcza zaglądać tam, gdzie nie ma możliwości wstępu. To ludzi od zawsze ciekawi, fascynuje, inspiruje. Tak też powstają opowieści, anegdoty oraz śmieszne ploteczki.

Ok, uchyliliśmy rąbka tajemnicy w jakim kierunku na kolejne sto wydań zmierza Day&Night, a co słychać u Ciebie? Znam Cię już trochę, i wiem, że jeden pomysł goni drugi pomysł w Twojej głowie.

Oj Kasiu, nie zdradziliśmy nic. Nie powiedziałem absolutnie niczego, co byłoby deklaracją na kolejnych sto wydań. No może na jedno. Jesteśmy tu i teraz. A ja jak zawsze mam dużo trosk i pracy na kilku frontach. Wydawałoby się, że rozsądek nakazuje trzymać się wyłącznie tego, co jest, ale non stop pojawiają się różne pokusy albo propozycje. Staram się realizować takie, z których na wielu płaszczyznach mogę czerpać szeroko pojęte zadowolenie. A takie podejście, bynajmniej nie wynika z mojego wieku. Podejmuję się  też projektów, w których mogę użyć nie tylko mojego doświadczenia, ale również one są dla mnie wyzwaniem. Jak zawsze takie trochę gonienie króliczka i ci, którzy mnie dobrze znają wiedzą, jak to poprawnie bez błazenady czytać. No, ale tak mam.

Mam nadzieję, że nie myślisz o opuszczeniu Rzeszowa, bo coraz częściej realizujesz jakieś projekty poza jego granicami?

Nie realizuję teraz częściej niż w przeszłości projektów poza Rzeszowem. Zawsze ceniłem sobie pracę w Rzeszowie, ale też często podejmowałem się zadań w Polsce lub na różnych kontynentach. Nie miałem z tym nigdy problemu, ale też nie planuję opuszczania na stałe Rzeszowa. Korciło mnie już parę razy w życiu, aby na stałe wyjechać i zapewne będzie  korcić jeszcze nie raz. Przyczyn takich pokus  oraz uzasadnień było i jest wiele. Jednak urodziłem się w Rzeszowie, tu żyję, tutaj mam rodzinę, tutaj  tworzę i  mogę się spełniać. Chcę tutaj  robić to co potrafię i jest tak od 25 lat, a patrząc z innej perspektywy to robię to dużo dłużej.

Masz zapewne świadomość, że wiele osób docenia to co robisz w Rzeszowie?

Biorąc pod uwagę statystyki i ilości osób korzystających z tego co oferuję, to jasne, że tak. Uważam, że relatywnie jednak to rzadka refleksja, a ja jakoś specjalnie nie oczekuje tego.  Oczywiście, że to przyjemna świadomość. Tak sobie teraz przypomniałem, jak zaskoczony i jednocześnie zaszczycony byłem, gdy zaproszono mnie do udziału w oficjalnym filmiku produkowanym przez Urząd Miasta Rzeszowa pt:  „Ludzie Rzeszowa”. Wzięło w nim udział kilka związanych z Rzeszowem  osób, z rożnych dziedzin życia. Zawsze miałem wrażenie, że moja działalność w Urzędzie Miasta jest postrzegana jako wyłącznie komercyjna. Dlatego to miłe, bo zdaje sobie sprawę z tego, patrząc z perspektywy różnych gustów i oczekiwań, że dla wielu osób być może nie robię  żadnej wielkiej kultury. Tak czy inaczej jak pokazuje moja historia, okazuje się, że można  tworzyć i realizować super ciekawe projekty w zdecydowanej większości finansując je zupełnie samodzielnie. Ryzyko istnieje za każdym razem. Staram się. Raz lepiej, raz gorzej. Nie zawsze się opłaca. Trzymam się jednak twardo zasady, że  prawdziwa sztuka nie ma ceny. Podobnie jak teraz Day&Night po raz setny jest bezcenne.

Rozmawiała KATARZYNA MICAŁ

Powrót na górę