Fot. Kacper Leśniewski Fot. Kacper Leśniewski

MAGDA SKUBISZ: PEDAGOG CZY SKANDALISTKA

ROZMOWA Z MAGDALENĄ SKUBISZ, POLSKĄ PISARKĄ, ABSOLWENTKĄ AKADEMII MUZYCZNEJ W KATOWICACH I NAUCZYCIELEM EMISJI GŁOSU, KTÓREJ POWIEŚCI O PRZEMYSKICH LICEALISTACH WYWOŁAŁY LICZNE KONTROWERSJE, PRZYPINAJĄC AUTORCE ŁATKĘ SKANDALISTKI. W TYM ROKU MIAŁA MIEJSCE PREMIERA JEJ CZWARTEJ KSIĄŻKI PT. „MASTER”.

 

Jesteś m.in. pedagogiem, a Twoje książki, zwłaszcza „LO Story” wzbudziły niemałe kontrowersje i zostały uznane za raczej mało pedagogiczne, niekiedy demoralizujące młodzież. Czy zgadzasz się z takimi opiniami?

Fakt, wywołałam w Przemyślu małe zamieszanie. Po debiucie, do mojego ówczesnego wydawnictwa Prószyński przyszedł list z byłego liceum, w którym odsądzono mnie od czci i wiary, zarzucono kalanie własnego gniazda i deprawowanie młodzieży. Ten drugi zarzut powtórzył się na jednej z sesji Rady Miasta, gdzie wprost powiedziano, że takich autorów nie wolno promować, bo psują opinię jednej z najlepszych przemyskich szkół. Dostałam łatkę wichrzycielki i skandalistki. A wracając do pytania – nie, nie zgadzam się z tezą, że demoralizuję młodzież. Drugi raz napisałabym to samo, może nawet ostrzej. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: byli nauczyciele niechcący zrobili mi świetną reklamę i jestem im za to bardzo wdzięczna.

Z Twoich książek wyłania się obraz Przemyśla, a także obraz młodzieży, która stawia czoła światu. Czy nie jest to odpowiednia propozycja na szkolną lekturę? Komu dedykowane są Twoje książki? Młodzieży czy dorosłym?

Pod względem wiekowym czytelnicy moich książek są bardzo zróżnicowani. Ostatnio Agencja Artystyczna Citart zrobiła tzw. targetowanie i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że seria wcale nie trafia wyłącznie do młodzieży, bo sporo czytelniczek to panie w wieku 30-50 lat. A już kompletnym szokiem była dla mnie znaleziona w Internecie informacja, że rzeszowski Dyskusyjny Klub Książki działający przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku omawiał „LO Story” jako przykład platformy porozumienia między nastolatkami a ich rodzicami. Okazuje się, że szkolne klimaty są bliskie każdemu, bo każdy z nas uczęszczał lub uczęszcza do tej instytucji. Wspomnienia lubianych i nielubianych nauczycieli, przyjaźni, miłości… Myślę, że między innymi tematyka bliska czytelnikom stanowi o sukcesie powieści.

Pogranicze zawsze było atrakcyjnym dla pisarzy miejscem akcji. W Twoich książkach nie brakuje typowego dla tego właśnie rejonu słownictwa. Czy to celowe? Czy na co dzień również używasz charakterystycznych przedrostków jak np. „tajak”, „tapewnie”?

Pewnie, że używam. Na potrzeby „Chałturnika”, trzeciej części serii, zrobiłam nawet mały research i skontaktowałam się z muzykami grającymi w kapelach podwórkowych, zawodowo posługującymi się bałakiem. Czytałam poszczególne zdania poprawną polszczyzną, konsultanci tłumaczyli. Wstyd się przyznać, ale bywały zdania, z których rozumiałam same spójniki, chociaż urodziłam się i mieszkam w Przemyślu.

„Twoja” młodzież nie jest wolna od poważnych problemów. Czy właśnie tak widzisz dzisiejsze młode pokolenie? Jakie według Ciebie są autorytety dzisiejszej młodzieży?

Uważam, że dzisiejsza młodzież ma bardziej pod górkę niż moje pokolenie i cierpi na kryzys autorytetów. Popkultura wymusza większe parcie na szkło, multitasking w każdej dziedzinie życia. Obserwuję to zwłaszcza u młodych kobiet, które starają się być doskonałe na wszystkich płaszczyznach: uczą się, pracują, do tego muszą świetnie wyglądać i koniecznie mieć jakąś pasję, np. śpiew. Rezultat jest taki, że są przemęczone i miotają się między jednym zadaniem a drugim, tracąc zapał, a nade wszystko przyjemność, co akurat w przypadku uprawiania jakiejkolwiek sztuki jest szczególnie niewskazane. Szybko się wypalają, bo ich motywacja nie płynie z wewnętrznej potrzeby ale z narzuconych trendów, w końcu – jak udowadniają programy typu talent show – każdy może być gwiazdą.

Ale Tobie chyba udało się „wyhodować” prawdziwe gwiazdy?

Bardzo kibicuję swoim uczniom, Arkowi Kłusowskiemu i Kamilowi Bijosiowi, którym udało się zaistnieć na polskiej scenie muzycznej i nieustająco trzymam kciuki za ich kariery, ale do tego, prócz niezaprzeczalnego talentu, trzeba mieć ogromną determinację i łatwość podnoszenia się po porażkach. Jako nauczyciel wielokrotnie miałam okazję pracować z niesamowicie zdolnymi wokalistami, którym jednak zabrakło sił, by walczyć o siebie. Jeżeli nie ma wytrwałości w dążeniu do sukcesu, zabawa w artystę źle się kończy. Jednodniowa gwiazda gaśnie, gdy odpada z jakiegoś programu; oddaje pożyczone ciuchy projektantom, przestają dzwonić telefony z propozycjami koncertów, a liczba lajków na fanpage`u maleje z dnia na dzień. I zaczyna się równia pochyła: dramat, depresja, zwątpienie we własne możliwości i w sens dalszej pracy. Masa genialnych wokalistów pracuje w supermarketach.

Twoje postaci i wątki są w pełni fikcyjne czy inspirowane realnymi osobami i zdarzeniami?

Gdybym napisała, że są w pełni fikcyjne, minęłabym się z prawdą. Na „LO Story” widnieje notka o przypadkowości podobieństwa zdarzeń i postaci, jednak fakt, że byli nauczyciele tak emocjonalnie zareagowali na treść książki, potwierdza tylko ludową mądrość: „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Generalnie jestem autorem, który pisze o tym, na czym się zna, co przeżył, czego dotknął. Podobnie rzecz się miała
z „Chałturnikiem" i „Masterem” – piętnaście lat grałam chałtury w różnych składach i konfiguracjach, znam to środowisko na wylot, więc tworząc tło powieści, mogłam bazować na swoich doświadczeniach.

Jaki jest Twój największy sukces w zakresie pisania? Którą ze swoich książek uważasz za największe osiągnięcie?

Jestem przywiązana do„Dżus&dżin”, za którą dostałam nominację do Nagrody im. Mackiewicza. To dla mnie największe dotychczasowe wyróżnienie, poniekąd związane z osobą Marka Nowakowskiego, wybitnego, już niestety nieżyjącego, pisarza i przewodniczącego kapituły. To był 2010 rok, dwa lata wcześniej wydałam „LO Story” i w recenzjach pojawiało się wyłącznie słowo „skandalistka”, a tymczasem wybitne jury doceniło mój pisarski warsztat. Nominowano dziesięciu autorów z całej Polski, w tym mnie, jako jedyną kobietę. Z Markiem Nowakowskim odbyłam kilka niezwykle inspirujących rozmów; pamiętam, jak  wymógł na mnie obietnicę, że nigdy, przenigdy nie będę nikogo przepraszać za to, co napisałam w „LO Story”. Póki co, dotrzymałam słowa. Bardzo pochlebne słowa o „Dżusie” napisał także Edward Redliński. Dostałam od niego egzemplarz „Listów z Rabarbaru” i piękną dedykację: „Pani Magdo, gratuluję talentów. Wygra Pani”. Dwa krótkie zdania, a jak niesamowicie pomagają na chandrę…

Ile czasu zajmuje kompletna praca nad powieścią i jak wygląda proces jej tworzenia? Zdarza Ci się czasami przysłowiowy „brak weny”?

Posłużę się cytatem, który podsłuchałam od znakomitej pisarki Ani Fryczkowskiej na ostatnich Świątecznych Targach Książki w Rzeszowie: „Wena zastaje mnie przy pracy”. Wena, muza, natchnienie, czy jak tam zdefiniujemy ten przyjemny stan, niewątpliwie ułatwia pracę, ale nie wolno się od niej uzależniać, bo proces twórczy to nie kaprys losu, tylko kawał ciężkiej roboty. Książkę piszę przez rok albo dłużej. Zaczyna się od tego, że „widzę” w głowie jedną lub parę scen, do których dopisuję całą resztę. Najszybciej powstaje środek, potem finał, a na samym końcu początek. Dziwny sposób, ale w moim przypadku całkiem dobrze działa.

Nie ocenia się książki po okładce, ale domyślam się, że ten „główny” obraz jest niezwykle istotny dla autora, może też wywrzeć wrażenie na czytelniku jeszcze przed rozpoczęciem lektury. Czy swoje okładki dobierasz sama? Czym się kierujesz?

Po raz pierwszy mogłam mieć wpływ na okładki podczas tegorocznej edycji moich książek, więc z tego skorzystałam. W sesji zdjęciowej wzięli udział rzeszowscy aktorzy, z którymi współpracowałam przy innych projektach i ich wizerunki doskonale wpasowały mi się w wizerunek bohaterów: Małgorzata Pruchnik-Chołka, Kamila Mokrzycka, Maciej Owczarek i Kamil Dobrowolski. W rolę Haskala wcielił się znakomity muzyk, Jacek Laska, którego trzeba było trochę powiększyć i „napompować” w Photoshopie, ale całkiem dobrze na tym wyszedł. Sesję zdjęciową robił jeden z najzdolniejszych moim zdaniem rzeszowskich fotografów, Kacper Leśniewski.

Czy „Master” będzie mieć swoją kontynuację?

Czytelnicy się dopominają, więc pewnie tak.

Rozmawiała MARIOLA SZOPIŃSKA-SĄDEK

 

Więcej w tej kategorii: « PREZENT CZY KLĄTWA
Powrót na górę