Fot. Emanuela Danielewicz Fot. Emanuela Danielewicz

Regularnie wracam do Rzeszowa

Rozmowa z Vitoldem Rekiem - Witoldem Eugeniuszem Szczurkiem, urodzonym w Rzeszowie legendarnym kontrabasistą jazzowym, który od 25 lat żyje i tworzy w Niemczech, będąc jednocześnie cenionym wykładowcą akademickim. W lutym b.r. został laureatem prestiżowej nagrody „Hessischer Jazzpreis 2013”. 26 czerwca wystąpi w Rzeszowie z projektem Vitold Rek & East West Wind.

 

Urodził się Pan w Rzeszowie, jak Pan wspomina lata spędzone w tym mieście, jak Pan zapamiętał tamten Rzeszów i jak różni się od tego, który zna Pan teraz...

Ja mieszkałem w Rzeszowie tylko do 16 roku życia. Później wyjechałem do Krakowa żeby kontynuować naukę w Liceum Muzycznym im F.Chopina, a później na Akademii Muzycznej w Krakowie. Rzeszów znam z przełomu lat 60. i 70. Wyjechałem do Krakowa, ponieważ funkcjonowało tam bardzo prężne środowisko jazzowe. Jest tak zresztą do dzisiaj. Szukałem nowych możliwości edukacji muzycznej i rozwijania gry na kontrabasie. Rzeszów, który pamiętam, był jeszcze dosyć siermiężny, szarawy i kulturalnie dość ubogi. Nie było w nim wtedy środowiska jazzowego. Teraz wygląda to oczywiście inaczej. Pamiętam swój pierwszy zespół Widmo Jazz Combo z braćmi Marcinkowskimi: Robertem i Januszem, Włodkiem Uchwatem i Mirkiem Halembą. Próby mieliśmy na poczcie w klubie Łącznościowiec, tam gdzie zespół Breakout też stawiał pierwsze kroki.

 

Wraca Pan jednak do Rzeszowa...

W ostatnich latach często koncertuję w Rzeszowie, ponieważ tutejsza scena jest teraz prężna i atrakcyjna. Rzeszów otworzył się na świat i Europę. To słychać i widać. To bardzo pozytywne efekty zmian ostatniego 25-lecia. Do Rzeszowa wracam również prywatnie. Mieszka tu moja mama, moja rodzina, przyjaciele: Krystyna Lenkowska, Basia Kędzierska, Michał Drozd.

 

W latach 80. regularnie grywał pan w projektach Tomasza Stańki. Jak doszło do waszej współpracy i jak Pan ją wspomina? Ponoć kiedy się spotykacie, wspominacie Rzeszów.

No tak, to prawda. Tomasz też czuje się rzeszowianinem i zawsze mówi: „My twardzi rzeszowiacy”, co ma oznaczać, że nigdy nie brakuje nam energii i jesteśmy nie do zdarcia (śmiech). Po rozwiązaniu zespołu Sun Ship w 1979 zacząłem pracować z Sławomirem Kulpowiczem grając w jego trio In /Formation. Po jakimś czasie Tomasz Stańko zaprosił nas do współpracy pod szyldem jego kwartetu. Po roku lub dwóch obfitujących w zagraniczne koncerty skład się rozwiązał, ale Tomek zapraszał mnie do swoich kolejnych projektów i zostałem jego stałym basistą w latach 80. Pracowaliśmy razem nieprzerwanie 12 lat i miałem to szczęście, że uczestniczyłem w powstawaniu jego muzyki. Ta muzyka, którą wtedy graliśmy, też teraz do mnie wraca. Sięgam do jego kompozycji z lat 80., kiedy znajdował się w otchłani narkotykowo-alkoholowej i balansował na granicy życia i śmierci, ale cały czas nieprzerwanie i w natchnieniu pisał swoją muzykę. Dzisiaj te kompozycje jawią mi się jako kompozycje absolutne: melodycznie, harmonicznie, formalnie, i zaczynam je znów grać. Kiedy pod koniec lutego otrzymałem nagrodę „Hessischer Jazzpreis”, zagrałem jeden utwór Tomasza „Shaky Chika”, który pochodzi właśnie z tamtego okresu, w podzięce i hołdzie dla niego. To właśnie Stańko namawiał mnie do komponowania własnej muzyki.

 

Co było powodem Pańskiego wyjazdu do Niemiec?

Wyjechałem z Polski, bo nie miałem kolejnych impulsów do rozwijania się na niwie muzycznej. Grałem ze wspaniałymi muzykami: Staszkiem Soyką, Tomaszem Stańką, Sławkiem Kulpowiczem, Ewą Demarczyk, Janem Ptaszynem Wróblewskim, tylko że ten krąg był zamknięty. Ja wyjechałem w 1989 roku, krótko przed zjednoczeniem Niemiec. Do Polski przyjeżdżali muzycy z zachodu czy z Ameryki, ale były to pojedyncze koncerty. Nie było z nimi styczności praktycznej, kiedy można z kimś popracować, wspólnie pograć. Tego mi brakowało. Czułem, że zamykam się w sobie i zaczynam grać schematycznie. Czułem, że praca z muzykami z innych kultur czy kontynentów odrodzi mnie samego i tak się też stało. Głównym bodźcem mojego wyjazdu do Niemiec była chęć dalszego rozwoju muzycznego.

 

Skąd u Pana inspiracje muzyką etniczną, folkową. Czy to efekt tęsknoty za krajem?

Ja, jako 14-letni chłopak grałem w Rzeszowie w ludowej kapeli „Kolejarz”. Dzięki temu miałem styczność ze źródłem muzyki folklorystycznej z naszego regionu, ponieważ grali tam starzy ludowi muzycy. Potem na dłuższy czas o tym zapomniałem, ale po kilkunastu latach mieszkania w Niemczech ta muzyka do mnie sama wróciła. Nie było to kwestią sentymentu, a raczej świadomości wielkiego bogactwa i dziedzictwa polskiej kultury. Mieszkając poza Polską można to sobie lepiej uzmysłowić i szczególnie docenić. Jestem absolutnie świadomy swojego rodowodu i to w Niemczech wyróżnia mnie muzycznie, artystycznie. Utwory inspirowane polskim folklorem, które wykonuję, bardzo się tutaj podobają. Polska muzyka ludowa nie jest aż tak bardzo znana za granicą i moim zadaniem jest tę muzykę propagować, interpretując ją na swój sposób i improwizując.

 

Co usłyszymy podczas koncertu Vitold Rek & East West Wind w ramach Europejskiego Stadionu Kultury/Wschodu Kultury?

Vitold Rek & East West Wind to zespół międzykontynentalny. W tym składzie znajduje się Ramesh Shothamperkusista z Indii, nasz wspaniały krakowski akordeonista Jarosław Bester i wokalistka z Izraela – Michal Cohen. Na tym koncercie wystąpi z nami gościnnie muzyk z Ukrainy, Taras Bakowskij. Ten zespół daje mi odskocznię od jazzu, który w pewnym momencie wydał mi się hermetyczny i nużący. Od kilku lat podążam w stronę muzyki ludowej z całego świata i w moich aranżach prezentuję ją na swój sposób. Muzyka ludowa powstawała na przestrzeni tysiącleci i przez to ma swoją wyjątkową siłę i piękno.Zagramy zarówno moje kompozycje, jak i utwory inspirowane tzw. world music. Oprócz tego pojawi się polski folklor z regionów rzeszowskiego i poznańskiego, ale też moja kompozycja do fragmentu tekstu z „Pieśni nad pieśniami” w języku hebrajskim i utwór klezmerski śpiewany w jidysz. Swój koloryt wniesie też zapewne nasz gość z Ukrainy.

Rozmawiał Bartłomiej Skubisz

Powrót na górę