Fot. Monika Kmita Fot. Monika Kmita

Mamy tu mnóstwo znajomych

Mamy tu mnóstwo znajomych

 

Wróciliście niedawno ze Stanów Zjednoczonych gdzie zagraliście małą trasę. Często tam bywacie...

Wcześniej nasze pobyty w Stanach wiązały się z pobytem i występami na największym festiwalu showcase-owym South by Southwest (SXSW) w Austin. Tym razem była to mini trasa, podczas której zagraliśmy trzy koncerty w Nowym Jorku, Los Angeles i San Francisco. Dwa z nich odbyły się w ramach festiwalu showcase-owego Culture Collide.

 

Co daje Wam gra na tego typu festiwalach, gdzie pokazujecie Waszą twórczość w pigułce przed gronem dziennikarzy i promotorów? Czy dzięki temu gracie coraz więcej koncertów za granicą?

Korzyści z występów na takich festiwalach są niepoliczalne. To nie jest tak, że jedziemy tam, podpisujemy kontrakt i kariera zaczyna się toczyć. To budowanie pozycji krok po kroku. To był nasz czwarty pobyt w Stanach. Pamiętam, że za pierwszym razem wielkim prestiżem dla nas była sama możliwość wystąpienia na tego typu festiwalu. Jestem pewien, że część naszych zagranicznych bookingów wynikała z tego, że promotorzy wiedzieli, że graliśmy na „South by Southwest”. Podczas tych wyjazdów poznaliśmy też wielu ludzi, którzy nam bardzo pomogli. Dzięki tym podróżom również nasze koncerty w kraju są lepsze. To taka samo nakręcająca się spirala. Takie wyjazdy przynoszą też wielkie odświeżenie i mnóstwo inspiracji.

 

Czy dzięki wielu zagranicznym koncertom zbudowaliście sobie już swoje zadeklarowane grono odbiorców w innych krajach?

Na pewno dobiegają nas takie głosy z Europy Środkowej i Wschodniej. Zagraliśmy już dwie porządne trasy w Czechach i można powiedzieć, że jest tam zapotrzebowanie na naszą muzykę i na koncerty przychodzą świadomi słuchacze, znający nasze piosenki. To jest fantastyczne, że na nasz koncert w Ostrawie przychodzi tyle samo ludzi, co w Krakowie. Podobną sytuacje mamy na Wyspach, chociaż tam akurat jest sporo Polonii, ale udało nam się sprzedać jeden koncert w Dublinie, z czego byliśmy dumni. Przed nami jeszcze dużo pracy. Pracujemy nad tym, żeby podobną sytuację mieć w Niemczech. Nie bardzo idzie nam na rynku francuskim, ale cały czas działamy w tym kierunku.

 

Czy jednym z takich działań jest nowa ep „Baltimore” wydana przez amerykańsko-brytyjskie wydawnictwo Cascine?

Tak. Cascine, to wytwórnia, którą od dawna bardzo cenimy jako słuchacze i bardzo się cieszymy, że udało się wydać „Baltimore” pod jej szyldem. Jest jeszcze za wcześnie na ocenę odbioru ep-ki i mówienie o korzyściach, jakie przyniosło jej wydanie, ale na pewno nie wypuszczaliśmy jej z myślą tylko o polskich słuchaczach.

 

Co chcieliście osiągnąć nagrywając „Baltimore”?

Pracując nad materiałem nie zakładaliśmy efektu, który chcielibyśmy uzyskać. Działo się to samoczynnie. Na pewno nie chcieliśmy kontynuować tej drogi, którą obraliśmy na płycie. Chcieliśmy coś zmienić. Efektem tego jest to, że na „Baltimore” kompozycje są brudniejsze, bardziej surowe i mniej melodyjne. Nie chcieliśmy przeprodukowywać materiału. Chcieliśmy go nagrać spontanicznie.

 

W wywiadach wymieniacie Rzeszów, jako jedno ze swoich ulubionych miejsc do grania a jednocześnie mówicie, że był dla Was dużym zaskoczeniem. Czym zaskoczył Was Rzeszów?

Bardzo lubimy grać w Rzeszowie. Pamiętam nasz pierwszy koncert w klubie Mienta w 2011 roku, na który przyszło naprawdę mało ludzi, ale za to mieliśmy po tym koncercie afterparty życia (śmiech). Jadąc pierwszy raz do Rzeszowa nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Graliśmy zazwyczaj w trochę większych miastach jak Wrocław, Łódź czy Warszawa gdzie mieliśmy grono swoich znajomych a w Rzeszowie nie znaliśmy nikogo. Teraz jadąc tu mamy mnóstwo znajomych, z którymi możemy umówić się na kawę czy piwo po koncercie. W Wytwórni zagraliśmy jeden z najlepszych koncertów w życiu (luty 2013 – przyp.red.) Jego fragmenty zostały uwiecznione w naszym klipie do utworu „Can`t You Wait”. Bardzo miło nam się wraca do Rzeszowa. Mamy duży sentyment do tego miasta i koncerty tutaj przypominają nam, że to, czym się zajmujemy to jest bardzo fajna sprawa i nie ma co narzekać. Że jest sens to robić i że są ludzie, którzy chcą tego słuchać.

 

Jaki był rok 2014 dla zespołu Kamp?

Był to udany rok z racji tego, że zamknęliśmy epkę „Baltimore”. Była to dla nas bardzo ważna sprawa, żeby wrócić do krótkiej formy. Nie nastawialiśmy się na długi album, potrzebowaliśmy odświeżenia i czasu żeby wyznaczyć na nowo formułę tego zespołu. Myślę, że to nam się udało. Udało się też wydać epkę w wytwórni, w której bardzo chcieliśmy się znaleźć, zagraliśmy kilka świetnych koncertów. Teraz czas odpocząć i pożegnać się z koncertowaniem na co najmniej pół roku. Po zakończeniu trasy zaszywamy się w studiu i robimy materiał na drugą płytę.

 

Rozmawiał Bartłomiej Skubisz

 

Powrót na górę