Fot.  Mikołaj Rutkowski Fot. Mikołaj Rutkowski

TOMASZ ORGANEK: „KONCERTY DAJĄ MI ŻYCIE I SPEŁNIENIE. ODBIERAJĄ ZDROWIE I ROZUM”

NIESZABLONOWY, NIEPOKORNY, NIETUZINKOWY. OBECNIE JEDEN Z NAJPOPULARNIEJSZYCH MUZYKÓW W POLSCE, KTÓRY JUŻ 17 MARCA WYSTĄPI W RZESZOWSKIM KLUBIE LUKR. TOMASZ ORGANEK OPOWIADA O SWOIM STYLU, STABILIZACJI, DOMU RODZINNYM, KONCERTACH I… KOBIETACH.

 

Rozwiane włosy, broda, nonszalancja. Masz charakterystyczny image. Podążasz za modą, czy w pełni świadomie prezentujesz swój styl?

Niespecjalnie śledzę najnowsze trendy, biorę z nich to, co mi pasuje. Brodę i rozwiany włos, jak to ujęłaś, noszę od wielu lat, więc to też nie kwestia mody. Nie wiem, nie pochłania mnie to wszystko jakoś szczególnie. Styl bierze się chyba bardziej z wnętrza niż z powierzchowności, a rzeczona nonszalancja bywa tylko objawem tego stylu. To brak kompleksu, przejaw pewności siebie i tego co się robi. Mam czterdzieści lat i wszystko co robię jest raczej świadome. Impulsywność ustępuje wyrachowaniu. 

Porzucić „bezpieczną” posadę nauczyciela dla niepewnej kariery muzycznej to ryzyko. Nie czułeś strachu przed brakiem stabilizacji? A co ważniejsze – nie żałujesz?

To było tak dawno, że ledwie te czasy pamiętam. Nigdy nie czułem się komfortowo przy tablicy mimo że uważam się za dość dobrego nauczyciela. Nie potrafiłem znaleźć w tym pasji, nauczanie nigdy nie dawało mi spełnienia. W szkole myślałem tylko o tym, że powinienem prowadzić zespół, komponować i pisać teksty. Zresztą już to wtedy robiłem. A co do stabilizacji, to różnie można to słowo interpretować. Uważam, że osiągnąłem stabilizację na swoich warunkach i co więcej - no, je ne regrette rien – nie, nic z niczego (przyp.red.).

Czym dla 40-letniego faceta u szczytu kariery jest stabilizacja?

Życie na swoich warunkach, robienie tego, co daje największe spełnienie i możliwość utrzymywania się ze swojej pasji. A z tym szczytem kariery bym nie szarżował. Sporo jeszcze chcę zrobić.

Dzielisz swoje życie na to „przed” i „po” wypadku?

Nie. Nie był niczym, co mogło mnie wytrącić z równowagi pomimo jego rozmiaru. W końcu zginął człowiek, który mnie wiózł. Po wypadku utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że chcę w swoim życiu coś zmienić i nie ma na co czekać.

Czytając informacje o Tobie, często można trafić na zwrot, że pierwsze Twoje muzyczne dzieła powstały w pokoju bez okien. Otoczenie wpływa na Twoją twórczość? Jak wspominasz tamten okres?

Dom rodzinny i miejsce zamieszkania w dużej mierze mnie ukształtowały. Mieszkaliśmy w Raczkach pod Suwałkami, małej miejscowości dosyć odizolowanej od świata, co z perspektywy czasu doceniam, bo dzięki takim uwarunkowaniom mogłem skupić się na samokształceniu, budowaniu własnego wewnętrznego świata. Pewnie byłbym kimś innym gdybym wychował się np. na warszawskiej Pradze. 

Wcześnie straciłeś ojca, ale słuchając Twojej muzyki nie można oprzeć się wrażeniu, że odegrał on gigantyczną rolę w Twoim procesie twórczym. Pierwsze wzmianki o ojcu pojawiają się już w „Głupi ja”…

Strata rodzica jest traumą dla każdego dziecka, to oczywiste. Mój ojciec dodatkowo był muzykiem, pokazał mi część świata, który mnie zafascynował. Zabierał mnie na próby swego zespołu, podsuwał ciekawą muzykę ale już nie zdążył nauczyć mnie gry na gitarze. Uczyłem się sam, niewykluczone że z podświadomej chęci kompensacji jego straty. Jak się okazało, to zdefiniowało moje życie.

„Nazywam się Organek” ma bardzo osobisty tekst. Nie czujesz wewnętrznej bariery przed zdobywaniem się na taką szczerość przed słuchaczami?

Ja piszę tylko osobiste teksty, inne nie mają dla mnie znaczenia. Wyjście na scenę to świadomy ekshibicjonizm, na który albo jesteś gotowy albo nie. Półśrodki są mi obce. Nie dałyby mi niczego poza znużeniem.

Czym są dla Ciebie koncerty?

Koncerty są spotkaniem ze słuchaczem, trochę mszą, spektaklem, jakimś elementarnym atawistycznym sposobem porozumiewania się, czasami ryzykowną grą na emocjach. Dają mi życie i spełnienie. Odbierają zdrowie i rozum. 

Między Twoją pierwszą płytą „Głupi”, a ostatnią „Czarna Madonna” słychać kontrast. Także jeśli chodzi o opisywane na obu krążkach kobiety…

Uważam odwrotnie. Dla mnie to ciągły proces twórczy, bardzo ściśle ze sobą połączony. Jakieś kontinuum. Jeżeli zaś chodzi o pewien synkretyzm w działaniu, to też widzę w nim pewną konsekwencję. Nie przy   wiązuję wagi do gatunku, formy czy stylistyki - to tylko środki stylistyczne podporządkowane treści. A kobiety… bardzo ważny temat w życiu każdego mężczyzny. Normalnie o tej porze, raz lepiej, raz gorzej.

Gdybyś miał wskazać najbardziej przełomowe dla Ciebie utwory z Twoich albumów, które by to były?

Nie lubię i Czarna Madonna. To dwie najbardziej osobiste i artystycznie zaawansowane utwory, które napisałem. Nie wiem czy są przełomowe, na pewno dla mnie najważniejsze, chociaż trudno jest wybrać lepsze dziecko.

Jak scharakteryzowałbyś swój najnowszy krążek?

Kontynuacja debiutu, kolejny krok w stronę eksperymentowania z formą, dekonstrukcji rocka, redefinicji tego gatunku, zabaw z intertekstualizmem. Postnowoczesna muzyka świata, którego znowu nie rozumiemy. 

Kim jest tytułowa „Czarna Madonna”?

Kobietą, która ma mi dać ukojenie, spokój i ratunek. Nadałem jej cechy boskie, bo przecież to robimy, gdy kogoś kochamy. Wiele osób mnie o to pyta. Śpiewanie o Matce Boskiej z Jasnej Góry byłoby jakąś tanią zagrywką i powiedzmy szczerze, jakimś idiotyzmem. Interpretacja tekstu w regresie. Martwi mnie to bardzo. Niestety musimy chyba wrócić do etapu „co autor miał na myśli?”.

W „Ki Czort” słyszymy: „Duszę sprzedałem jakem Organek teraz w sercu mam ranę a na wieki pozostał tylko blichtr, czyli nic” – czy właśnie na takim etapie „blichtru” teraz jesteś?

Nie. Napisałem to trochę przewrotnie, bo blichtr jest na wyciągnięcie ręki. Dosłownie wszędzie. Mnie on śmieszy ale wiem też, że bardzo umiejętnie uwodzi i to jest niebezpieczne. Unikam okazji, w których można się w nim pławić, choć propozycji przybywa. Czasami bywam, bo muszę z racji zobowiązań zawodowych ale jest tego mało - dbamy o swój psychiczny komfort.

Czego możemy spodziewać się podczas koncertu w LUKR 17 marca?

Wszystkiego.

Rozmawiała MARIOLA SZOPIŃSKA

 

Powrót na górę