Fot.  Karina Barańska Fot. Karina Barańska

30 LAT W ZGODZIE Z SAMYM SOBĄ

ROZMOWA Z KRZYSZTOFEM „BUFETEM” BARĄ, LIDEREM LEGENDARNEJ GRUPY WAŃKA WSTAŃKA, KTÓRA POD KONIEC ZESZŁEGO ROKU ŚWIĘTOWAŁA 30-LECIE DZIAŁALNOŚCI. KONCERT ODBYŁ SIĘ W RZESZOWSKIM KLUBIE „POD PALMĄ”, W TYM SAMYM MIEJSCU, W KTÓRYM ZESPÓŁ ZAREJESTROWAŁ SWÓJ PIERWSZY MATERIAŁ „NA ŻYWCA”.

 

Jak wyglądała rzeczywistość początkującego zespołu 30 lat temu?

Różnica była ogromna. Teraz w Polsce każdy ma dostęp do technologii na podobnym poziomie co w Stanach czy na wyspach, a wtedy cierpieliśmy na brak wszystkiego. Trzeba było kombinować, a to przekładało się na oryginalność. Jak rozmawialiśmy wtedy w Warszawie z kolegami, z Kazikiem czy z Robertem Brylewskim, podobało im się to rzeszowskie podejście do muzyki. Nie mieliśmy komunikacji z zachodem i dostępu do wielu nagrań, dlatego nie sugerowaliśmy się aż tak dokonaniami innych i może dlatego ta rzeszowska scena w latach 80-tych była taka mocna, bo musiała grać swoje, żeby coś osiągnąć. Było wtedy kilka silnych ośrodków, np. Gdańsk, który miał lepszy dostęp do płyt i zaopatrywał nas w muzykę, Kraków, w którym Pudel miał pierwszy prywatny sklep muzyczny, gdzie jeździliśmy co jakiś czas przegrywać nowe płyty. Jeśli chodzi o jakość instrumentów, to nie było wtedy aż tak ważne. Pamiętam, jak jako początkująca jeszcze grupa pojechaliśmy z Mizernym na przesłuchania do Jarocina. Grała tam też ostra punkowa kapela, która „wyskoczyła” z pretensjami do Waltera Chełstowskiego, że nie przyjął ich na festiwal, bo grają na słabym sprzęcie. On odpowiedział im, że gdyby przyjechali tu Rolling Stonesi, to zagraliby na tym sprzęcie tak, że głowy by pospadały (śmiech). Mizernemu pierwszą gitarę wystrugał Parol z Pułaskiego, a elektronikę dobierał z jakichś starych czeskich gitar. Ważyła z 10 kilo. Gdybyś kogoś zdzielił nią w łeb, to byś zabił (śmiech).

Pamiętam, że w latach 90-tych widziałem Twoje duże zdjęcie bodajże w Popcornie. Teraz to sytuacja niewyobrażalna. Co zmieniło się od tego czasu?

Mógł to być efekt np. naszego występu w Opolu (1988 rok - przyp.red.), na który zdecydowałem się świadomie, bo miała to być prowokacja i tak to zostało odebrane. Do dziś różni muzycy alternatywni śmieją się z tego występu i wiedzą jak zrobiliśmy w konia to całe popowe środowisko. Wyjść na scenę na festiwalu w Opolu i zaśpiewać „Leżajski full”  - to była potężna prowokacja, a to że ten utwór znają wszyscy w Polsce, od morza do Tatr i śpiewają go z gitarami przy ognisku, tak jak „Whisky” Dżemu, to mi nie przeszkadza. Mieliśmy też kawałki o poważnej wymowie, jak „Generał”. Dzisiaj IPN wypisuje w książkach o historii kultury lat 80-tych, że byliśmy wtedy bohaterami, a ja myślę, że to było naturalne, że młodzi chłopcy, którzy mieli po 20 lat buntowali się przeciw tamtej rzeczywistości. Wtedy nasze serca i umysły były przepełnione ideałami, których trzymamy się do dzisiaj. Zawsze bronimy słabszych, „gorszych”. Ktoś kiedyś określił mnie mianem buntownika przeciw systemowi, a ja dodam, że przeciw każdemu systemowi. Dobrze się z tym czuję.

Na koncert jubileuszowy zaprosiłeś Siczkę, Aptekę, 1984 i Le Moor. Spytam głównie o Siczkę i Kodyma. Czy ci ludzie są Ci bliscy z powodu podobnej drogi jaką przebyliście? Mam wrażenie, że Kazik czy Robert Brylewski są pamiętani przez więcej osób.

Chodziło mi o wierność muzyce Siczki i Kodyma. Brylu, podobnie jak my, też nie osiągnął jakiegoś wielkiego sukcesu komercyjnego. Kazikowi się udało i bardzo się z tego cieszę. Niektórzy trochę skręcili, jak Kukiz czy Muniek Staszczyk. My buntowaliśmy się przeciw temu, żeby iść na łatwiznę. Uwierz, że w pewnym momencie miałem dużo komercyjnych propozycji odnośnie solowej kariery. Co dwa tygodnie dzwonili managerowie z jakimiś, według nich, fajnymi pomysłami. Odmawialiśmy. Najważniejsze to robić swoje cały czas i dobrze się z tym czuć.

Czy to 30-lecie prowokuje Cię do otwarcia jakiegoś nowego etapu w muzycznej działalności?

Prawda jest taka, że człowiek wpada na najlepsze pomysły kiedy ma 20 czy 25 lat. I tak było w naszym przypadku, czy w przypadku Mizernego i 1984. Później gra się swoje, jak Rolling Stonesi, ACDC, Motorhead, KSU czy Kazik. Nie planujemy żadnego przełomu. W tym momencie nagrywamy płytę na 30-lecie zespołu. Wybraliśmy 15 utworów ze starego repertuaru, które wg mnie na żadnych płytach czy kasetach, które ukazały się do tej pory, nie zostały na tyle dobrze technicznie nagrane, żeby można było ich komfortowo posłuchać,  np w domowych warunkach. Ta płyta wyjdzie w tym roku na cd, a po raz pierwszy na winylu wyjdzie nasza pierwsza koncertowa płyta z 1998 roku „Na żywca” nagrana w klubie Pod Palmą.

Mniej więcej w tym samym czasie swoje jubileusze obchodziły grupy Brown i Jesus Chrysler Suicide, kiedyś znane w całym kraju, regularnie koncertujące, a teraz jakby na uboczu. To kwestia życia poza centrum wydarzeń czy raczej południowo-wschodniego charakteru?

Żyjemy w globalnej wiosce, dlatego nie ma znaczenia czy jesteś w Rzeszowie czy w Warszawie. Bardziej chodzi o ten rzeszowski, podkarpacki charakter. Ja czy Siczka tysiąc razy mogliśmy przenosić się do Warszawy, Krakowa czy Łodzi, mieliśmy różne propozycje. Ja mieszkałem przez jakiś czas w Wiedniu, potem w Niemczech, ale zawsze w miejscu, w którym czujesz się najlepiej, to co robisz, robisz najlepiej. Być może ani my, ani "Jesusi", Brown, 1984 czy One Million Bulgarians, nie utrzymaliśmy się długo „na topie”, bo nie chcieliśmy iść na ustępstwa i słuchać ludzi, którzy decydują o pewnych sprawach na rynku muzycznym. Tak czy inaczej sam fakt, że każdy z tych zespołów miał swoje 5 minut, świadczy o tym, że potrafi robić rzeczy wielkie i fajne.

Czy słuchasz nowej muzyki czy bliższy jest Ci pogląd, że najlepsza muzyka została już zagrana i to została zagrana jeszcze w XX wieku?

Kłócę się z moimi znajomymi, którzy uważają, że wszystko co najlepsze w muzyce, już było. Ja tak nie uważam, ale mam coraz mniej argumentów w tych dyskusjach. Nadal zdarzają się cudowne rzeczy. Lata 90-te były wspaniałe za sprawą rewolucji grunge´owej i działalności takich zespołów jak Radiohead, Smashing Pumpkins, Tool czy White Stripes, które dały nowy impuls w muzyce. Potem przyszedł czas Prodigy i połączenia elektroniki z żywym graniem, było kilka alternatywnych kapel w muzyce techno, np. Autechre. Cały czas słucham nowej niezależnej muzyki, ale coraz częściej wracam do korzeni. Ostatnie lata non stop słucham Beatlesów, bo w ich 9 płytach jest wszystko to, co gra we mnie w środku.

A co uważasz za swoje największe osiągnięcie podczas tych trzech dekad z muzyką?

Najważniejszą rzeczą jaką osiągnąłem w życiu jest to, jakich ludzi poznałem dzięki graniu muzyki. To, że kumpluję i przyjaźnię się z takimi ludźmi jak Kazik, Kodym czy Robert Brylewski, to jest niesamowite. To, że poznałem wspaniałych dziennikarzy, pisarzy, artystów, aktorów i to, że do dziś mogę przebywać wśród ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ja. To jest bardzo ważne w życiu. Ważniejsze niż kariera. Zawsze żyłem tak, jak chciałem. Nie dorobiłem się domu z basenem, jak Janek Borysewicz, ale się z nim kumpluję i jest fajnie (śmiech). Cieszę się, że Ci wszyscy ludzie mają cały czas do mnie szacunek. To jest ważne.

Rozmawiał BARTŁOMIEJ SKUBISZ

Powrót na górę