Fot.  Tomasz Karwiński Fot. Tomasz Karwiński

"W RZESZOWIE PIERWSZY RAZ GRAŁEM JAZZ" - ROZMOWA Z PIOTREM SZMDITEM, ZNANYM JAKO TEN TYP MES

TEN JEDEN Z NAJORYGINALNIEJSZYCH TWÓRCÓW NA POLSKIEJ SCENIE MUZYCZNEJ JUŻ 18 LUTEGO WYSTĄPI W RZESZOWIE, GDZIE WRAZ ZE SWOIM ZESPOŁEM BĘDZIE PROMOWAŁ SWÓJ OSTATNI ALBUM „AŁA”.

 

Pamiętasz swój pierwszy koncert w Rzeszowie?

Nie wiem, który był pierwszy, prawdę powiedziawszy. Nasz kumpel mieszkał w Rzeszowie, kiedy szkolił się jako pilot. Jeździł srebrnym Mondeo, wynajmował mieszkanie i pokazywał nam, jak się tu urządził. To takie pierwsze slajdy, które mam w głowie.

To miasto chyba zawsze dobrze Cię przyjmowało. Potrafisz policzyć, ile razy tu grałeś? Jakie wspomnienia Ci się nasuwają z pobytów tutaj?

Bez szans na uporządkowaną chronologię w moim przypadku. Ale wspomnienia to ludzie: Eskaubei, Zbyszek Jakubek, Osa, StahuStah, dziesiątki rozmów odbytych przez lata odwiedzania Rzeszowa. Te aftery były inspirujące. W Rzeszowie pierwszy raz grałem jazz na scenie, pierwszy raz widziałem ludzi tańczących na silent disco.

Twoje ostatnie wizyty to m.in. udział w dwóch edycjach Art Celebration. Jak wspominasz te niecodzienne występy?

Wielkie emocje wzbudził skład sceniczny pierwszej edycji: Bernard Maseli z ramienia jazzu na przykład oraz Sistars z ligi, załóżmy, wokalnej muzyki miejskiej. Zagraliśmy mój stary hit „Rok później” wraz z Numerem i Stasiakiem oraz Siostrami w chórkach. Bardzo wzruszająca sytuacja. 

Po pierwszej edycji zaprosiłeś do współpracy Zbigniewa Jakubka, który pojawił się na Twojej poprzedniej płycie. Co skłoniło Cię do tej decyzji?

Otwarta głowa i talent oraz wysoce rozwinięty talent do opowiadania historii. Lgnę do takich osobowości. Zbyszek wziął moje akordy, które w bólach - jako ktoś, kto nie umie grać, ale słyszy - ulepiłem w domu. Swobodnie je wzmocnił i wzbogacił o smutne, ale nie rzewne dodatki w górnych rejestrach.

Jakiś czas temu zdecydowałeś się grać koncerty tylko z całym zespołem. Skąd to twarde postanowienie?

Z potrzeby zmiany i nauki. Gram już wiele lat, formuła koncertowania z dj'em zaczęła mi ciążyć. Być może, po zasłużonym odpoczynku, wrócę do tego kiedyś. Ale teraz wciąż przeżywam dźwięki, które podrzucają mi z tyłu Andrzej Pieszak czy Manolo i póki reaguję na nie ekstatycznie, tylko takie koncerty wchodzą w grę.

Na „Ała” pojawia się jeden utwór w całości zagrany przez band. Czy może to być zwiastun całego albumu nagranego z zespołem?

Na razie nie. Wkręciłem się trochę w elektronikę teraz. Ale taką poza- komputerową: samplery, automaty perkusyjne, sequencery. Choć granie z bandem, który na potrzeby „Zawsze mogę liczyć na”  zmontował puzonista Michał Tomaszczyk dałoby mi wielką radość, to jednak tworzenie płyty od początku w większym składzie na razie nie. Płyta to jednak intymny proces. Ograniczam go zazwyczaj do swoich 30m2.

Wracając do „AŁA”, skąd wg Ciebie skrajne opinie na temat płyty? Zachwyty przeplatają się z krytyką. Przeczuwałeś coś takiego?

Przeczuwałem, ale nie w takiej skali. Z jednej strony to zrozumiałe: praktycznie nie ma utworów w Polsce na tematy, które dominują na „Ała”: o łażeniu do terapeuty, o potrzebie kupna mieszkania, o dziewczynie jako źródle rozbawienia. Jeśli ktoś jest na innym etapie w życiu, łatwo może się poróżnić z autorem tych wywodów. Z drugiej strony nie kumam tych zarzutów o eksperymentalność. Od pierwszej solowej płyty miałem dziwne piosenki, np. w „Zdradzie” prowadziłem dialog z trąbką, to było dwanaście lat temu, ostrzegałem. Eksperymentem dla mnie byłaby raczej tradycyjna płyta. A z trzeciej strony, to longplay przeznaczony do trzeciego i czwartego odsłuchu. Jeśli ktoś nie zadał sobie trudu, by podejść do niego kilka razy - prosiłbym, by album raczej olał niż wypowiadał się autorytarnie o zawartości.

Czy jesteś w stanie mniej więcej powiedzieć, jaki procent Twoich odbiorców to nie hip-hopowcy i czy proporcje wraz z kolejnymi albumami przesuwają się poza środowisko hip-hopowe?

Nie mam pojęcia. Cieszy mnie każdy odbiorca, który coś dla siebie odnalazł. Rytm, flow, brzmienia lub poglądy. Zależy mi na zebraniu garści słuchaczy z niemal każdej grupy społecznej.

Skąd wg Ciebie wynika pewna hermetyczność słuchaczy rapu w Polsce? Często eksperymenty i odstępstwa od hip-hopowej formuły spotykają się z krytyką bądź niezrozumieniem.

Być może z początków rapu w Polsce, kiedy funkcjonował gorący podział na ten prawdziwy i nieprawdziwy. To było zasadne, kiedy koncerny chciały zarobić na modzie na rap i warto było te koniunkturalne (nie mylić z komercyjne) ruchy punktować. Ale to już przeszłość. Hip hop powinien wejść na etap rocka, gdzie każdy, kto gra oryginalnie, sprawnie i ma osobowość znajduje uznanie. Bez wytykania, czy jest podobny do podstaw rocka czy im swoim graniem zaprzecza. To się nie zdarzy, kiedy krytyk słucha tylko polskiego rapu. To już indywidualny problem i zagadnienie; czemu dany słuchacz ma na swojej playliście jeden gatunek muzyki? Mógłby mieć przynajmniej trochę rzeczy z gatunków, z których rap wyrósł, jak funk, jazz, disco i początki muzyki elektronicznej. Nie proponuję, by słuchał muzyki celtyckiej z piętnastego wieku, ale korzeni hip-hopu.

Rozmawiał  BARTŁOMIEJ SKUBISZ

 

Powrót na górę