Fot. Wiktor Franko Fot. Wiktor Franko

ANITA LIPNICKA - "CIĄGLE MARZĘ O TYM SAMYM!"

PONAD 20 LAT NA SCENIE, LICZNE PRESTIŻOWE NAGRODY MUZYCZNE I PIOSENKI, KTÓRE MIMO UPŁYWU CZASU NIE TRACĄ NA AKTUALNOŚCI. ANITA LIPNICKA JUŻ 21 LAT TEMU PORWAŁA SŁUCHACZY, ŚPIEWAJĄC, ŻE „WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ, GDY GŁOWA PEŁNA MARZEŃ”. DZIŚ JEST JEDNĄ Z NAJBARDZIEJ ROZPOZNAWALNYCH I CENIONYCH POLSKICH WOKALISTEK I PROMUJE NAJNOWSZĄ PŁYTĘ ZATYTUŁOWANĄ „PTASIEK”. JAKIE PRZESŁANIE NIESIE TYTUŁOWY „PTASIEK”, KIM JEST DZIEWCZYNA Z „RZEKĄ W TLE” I O CZYM MARZY OBECNIE ANITA LIPNICKA? ARTYSTKA JUŻ 31 MARCA WYSTĄPI W RZESZOWSKIM KLUBIE LUKR.

 

Aż trudno uwierzyć, że to już 21 lat temu śpiewałaś, że „wszystko się może zdarzyć”. Sam utwór w swej ponadczasowości do dziś jest jak najbardziej aktualny i inspirujący. Jak na przestrzeni lat oceniasz swój pierwszy solowy album po opuszczeniu Varius Manx?

Mam do tej płyty duży sentyment. Była dla mnie bardzo ważna, musiałam nią udowodnić, że dam radę bez zespołu, że mogę z powodzeniem funkcjonować jako solowa artystka. Ten okres wiąże się również z moim pobytem w Londynie, na-
wiązaniem współpracy z tamtejszymi muzykami, pierwszymi próbami pisania nie tylko własnych tekstów, ale też muzyki do piosenek, współkomponowanie z innymi. Bardzo ciekawy moment w życiu, pełen nowych doświadczeń, inspiracji, otwierający głowę i serce, rozwijający i umacniający zarazem. Chętnie wracam myślami w tamte sytuacje i miejsca, kiedy chłonęłam ten Londyn każdym porem skóry, biegałam po teatrach, wystawach, knajpach z jedzeniem, jakiego nigdy wcześniej nie próbowałam... To był krok milowy dla mnie, jeśli chodzi o poznawanie świata i siebie.

Ponad 20 lat w show-biznesie to szmat czasu i doświadczeń. Gdybyś miała teraz udzielić kilku ważnych wskazówek zaczynającej karierę Anicie – co by to było?

Mam właściwie jedną wskazówkę – bądź sobą! Choć wydaje się to banalne, najtrudniej właśnie jest osiągnąć ten stan klarowności „ja”, bez bycia zaburzonym oczekiwaniami innych wobec ciebie, bez próbowania zadowolenia kogokolwiek swoją muzyką czy tekstami. Kluczem do spełnienia jest nakarmienie własnych pragnień, tworzenie czegoś, co odpowiada na twoje wewnętrzne potrzeby. Wtedy rodzą się rzeczy prawdziwe. A tylko prawdziwe rzeczy z kolei poruszają innych. Tak to wygląda
z mojej perspektywy.

Który z Twoich utworów był dla Ciebie najbardziej przełomowy?

Było ich kilka. Ale chyba ten najważniejszy to piosenka „Zanim Zrozumiesz”, od której wszystko się zaczęło...

Jak wyjazd do Londynu wpłynął na Twoją twórczość?

Jak wspomniałam, cała przygoda z Londynem to dla mnie bardzo istotny kawał życia. Jakoś ta Anglia od początku się przewijała w mojej historii w bardzo mocny sposób. Tam nagrałam dwie płyty solowe, potem „Nieprzyzwoite Piosenki” z Johnem Porterem. Dwukrotnie wracałam też do Londynu, by pracować nad dwoma ostatnimi płytami solo, już w okresie mojej współpracy z Johnem.

A propos, współpraca muzyczna z Johnem Porterem zaowocowała trzema doskonałymi albumami, krążek „Nieprzyzwoite piosenki” przez wiele tygodni był numerem jeden wśród najlepiej sprzedających się płyt. Czy bierzesz pod uwagę współpracę z innym artystą w przyszłości?

Oczywiście. Jestem otwarta na współpracę z innymi. Jednak bardzo rzadko się zdarza, by ta współpraca była tak zażyła i tak owocna, jak to miało miejsce z Johnem. Nasze spotkanie było kosmiczne! Byliśmy sobie przeznaczeni, mieliśmy jakąś historię do wypełnienia. Czas naszej muzycznej kolaboracji wciąż pozostaje dla mnie chyba najpiękniejszym spełnieniem artystycznym, jakiego przyszło mi doświadczyć. Trudno byłoby osiągnąć mi podobne porozumienie z kimś innym. Takie rzeczy nie zdarzają się dwa razy.

Masz również na koncie nagranie partii wokalnych dla „Meridy Walecznej” Walta Disneya. Jak wspominasz to doświadczenie?

To nie było łatwe zadanie! Disney to wymagający klient! Partie pisane do filmów dla dzieci z pozoru melodyjne i wpadające w ucho, są bardzo wymagające do zaśpiewania. Trzeba się wykazać dobrym warsztatem, kontrolą nad głosem. Ja nigdy nie uczyłam się śpiewać, do tej pory nie pojmuję jak to robię z technicznego punktu widzenia. Improwizuję w tym temacie (śmiech)! Byłam również brana pod uwagę, by dać głos do jednej z postaci. Ale to dopiero okazało się dla mnie niewykonalne! To naprawdę trudna sztuka, dubbing. Nie mogłam jakoś zaskoczyć!

W 2013 ukazała się Twoja piąta już solowa płyta „Vena Amoris”, po raz pierwszy od 13 lat nagrana w całości w języku polskim. Jak czuje się artysta nagrywający w języku ojczystym po tak długiej przerwie?

Bardzo lubię tę płytę, jestem dumna z tekstów, jakie tam napisałam. Faktycznie podeszłam do tematu z lekką tremą, bo od wielu lat wcześniej niczego nie stworzyłam po polsku, z Johnem pisaliśmy i śpiewaliśmy wyłącznie po angielsku. Ale byłam usatysfakcjonowana efektem końcowym. Nie ma na tej płycie ani jednego słowa, które bym chciała zmienić, wyrzucić...

Skrupulatnie „gardzisz” ściankami, „bywaniem”, raczej nie sposób zobaczyć Cię w telewizji śniadaniowej czy w obsadzie jurorskiej programów typu „talent show”. Jaki jest Twój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu?

Nie mam wolnego czasu! A jeśli go mam, to zazwyczaj wybieram kino albo książkę. Miewam też zrywy życia „na sportowo”, chodzę na siłownię albo biegam przez parę miesięcy,  a potem znowu nagle nic nie robię. Ogólnie nie jestem osobą systematyczną, trudno mi robić coś cyklicznie, rutynowo. Więc te moje fascynacje związane z pomysłami, jak wypełnić czas wolny, często się zmieniają. Gdybym mogła, z pewnością zawsze wybierałabym plażę i morze. Ale niestety mieszkam w Warszawie i trochę z tym jest problem (śmiech).

Od niedawna nazywasz się Anita Gray. Nie czułaś żalu, zmieniając nazwisko, które m.in. w branży muzycznej jest postrzegane również jako marka?

Przyjęłam nazwisko mojego męża, bo czułam, że tak jest właściwie. Chciałam jakoś oddzielić swoją prywatność od persony zawodowej. Od tej pory moje dawne nazwisko będzie po prostu moim pseudonimem artystycznym - więc w tej materii nic się nie zmieni. Będę występować na scenie oraz nagrywać płyty wciąż jako Anita Lipnicka.

Po kilku latach muzycznej ciszy wróciłaś z singlem „Ptasiek”, który zyskał popularność niedługo po premierze. Inspiracją do jego napisania był zmarły Nick Talbot, z którym współpracowałaś przy płycie „Hard Land of Wonder”. Jakie przesłanie niesie „Ptasiek”?

„Ptasiek” to moja osobista piosenka „dziękczynna”, ukłon nie tylko w stronę Nicka, ale też innych osób, które napotkałam w swoim życiu, a które swoją wrażliwością i niezwykłym duchem dotknęły mnie i odmieniły na zawsze, uczyniły, że jestem dziś tym, kim jestem. W tym przypadku sam „Ptasiek” jest więc postacią alegoryczną, symbolizuje człowieka o cienkiej skórze, marzyciela, nadwrażliwca, który nie do końca poradził sobie w zderzeniu z rzeczywistością. Jednak to kim był, co tworzył, nie odeszło w zapomnienie, bo zainspirowało innych i przez to wciąż jest żywe.

W „Ptaśku” śpiewasz o dziewczynie „z rzeką w tle”, dużo wcześniej napisałaś także piosenkę pt. „Rzeko”. Czy rzeka ma dla Ciebie znaczenie symboliczne?

Celowo wplątałam tu ten wątek, odnosząc się do siebie sprzed lat, tej, którą byłam, gdy miałam sny, gdy nie czułam żadnych ograniczeń, a za mną stała rzeka pełna nieskończonych możliwości... W pewnym sensie sama byłam takim „Ptaśkiem”. On jednak odszedł, ja zostałam. Może po to, by dalej nieść jego opowieść? By inspirować innych?

31 marca wystąpisz w Rzeszowie, w klubie LUKR. Masz jakieś wspomnienia związane z naszym miastem? Czego możemy spodziewać się podczas koncertu?

Największym wspomnieniem jest postać Ś.P. Mariusza Szczurka, mojego długoletniego managera, który pochodził z Waszego miasta. Mimo że w chwili gdy odszedł nie pracowaliśmy już razem, bardzo przeżyłam wieść o jego śmierci. Był cudownym człowiekiem, wspaniałym przyjacielem. Brakuje mi go do dzisiaj. Swego czasu bywałam w Rzeszowie bardzo często. W jednym z podrzeszowskich studiów nagrywaliśmy też z Johnem demówki do naszych płyt. Większość naszej ekipy technicznej pochodziła z Rzeszowa. 

Na zakończenie cofnijmy się na moment w czasie do roku 1996, kiedy zaczynając karierę muzyczną śpiewałaś, że „wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń” i… wróćmy do teraźniejszości. O czym marzy tu i teraz, 41-letnia Anita Lipnicka?

Nie uwierzysz, ale ciągle marzę o tym samym! By nagrać płytę życia, najlepszą! Sęk w tym, że gdy robisz to tyle lat, wcale nie wiesz ani lepiej ani więcej i lęki pozostają te same – co jeśli nie mam już nic ciekawego do powiedzenia? Co jeśli nie dam rady, jeśli nie potrafię? I tak dalej. Cała litania niepewności, które w tym zawodzie nie opuszczają cię nigdy. Głupia ja. Dlaczego nie zostałam fryzjerką (śmiech)?!

Rozmawiała  MARIOLA SZOPIŃSKA

 

 

Powrót na górę