LINKIN PARK ONE MORE LIGHT

Linkin Park  ONE MORE LIGHT  Warner Bros, 2017

„Linkin Park w wersji easy listening”. „Linkin Park grają pop dla RMF-u”. „Linkin Park się skomercjalizowali”. To zapewne będą najlżejsze spośród słów krytyki, jakie spadną na Kalifornijczyków po premierze ich najnowszego albumu zatytułowanego One More Light. Jednak wytaczanie tego typu argumentów w odniesieniu do twórczości Linkin Park przypomina strzelanie z armaty do wróbla. Bo prawda jest taka, że chłopaki z Los Angeles zawsze nagrywali płyty miłe dla ucha, naznaczone odpowiednią dawką przebojowości, co w rezultacie przysparzało im milionów dolarów na koncie. Nawet ich najlepszy album, debiutancki krążek Hybrid Theory z 2000 roku, zawiera megaprzebojową dawkę nu-metalu, nacechowanego koncesjonowanym juwenilnym buntem. Debiut sprzedał się w ilości ponad 27 milionów egzemplarzy na całym świecie. Jakieś pytania? Trzeba chyba maksimum złej woli, żeby odmówić chłopakom niebywałego talentu do pisania ultraprzebojowych kawałków. Co więcej, już na tym debiutanckim krążku zdefiniowali swój styl i to w okresie, kiedy na amerykańskim rynku muzycznym nu-metalowe twory wyrastały niczym grzyby po deszczu. A co najistotniejsze przetrwali, pomimo iż po drugiej, całkiem dobrej jeszcze płycie Meteora, mocno się już pogubili. Po kilku dobrych latach artystycznej bessy, w roku 2014 wydali zaskakująco udany album The Hunting Party, prezentujący bardziej dojrzałe oblicze zespołu, oparty w przeważającej części na tradycyjnym rockowym instrumentarium. W przeciwieństwie do tamtej płyty na One More Light gitar nie ma prawie wcale. Dominują za to popowe piosenki. I bynajmniej nie czynię z tego zarzutu. Problem polega na tym, że najnowsza płyta słuchana w całości po prostu nuży. O ile eksperymenty z elektroniką na A Thousand Suns z 2010 roku przyniosły całkiem frapujący efekt, to brzmienie albumu najnowszego nie wnosi niczego nowego. Sytuacji nie ratują także kompozycje. Album otwiera Nobody Can Save Me z vocoderowo przetworzoną partią wokalną i subtelnie brzmiącą gitarą. Vocoder zresztą pojawią się także w kolejnym na płycie Good Goodbye, zawierającym rapowane partie. Nie oszczędzono nam tego efektu także w singlowym Battle Symphony. Wyróżnia się jeszcze utwór tytułowy, a to za sprawą gitar, których jest tutaj więcej, niż we wszystkich pozostałych numerach razem wziętych. I to by było na tyle, jeśli chodzi o kawałki, które zawierają jakąś myśl przewodnią oraz zamysł kompozycyjny. Wszystkie pozostałe stanowią maksymalnie niecharakterystyczne rozwinięcie patentów z początku płyty. Tym razem stylistyczna wolta zakończyła się fiaskiem do tego stopnia, że album powinien nosić tytuł No More Light.

DANIEL  KOWALCZYK

Więcej w tej kategorii: « THE SABAŁA BACAŁA URODZENI W PRLU
Powrót na górę