LANA DRL REY LUST FOR LIFE

2017, Polydor/Interscope

Czterdzieści lat temu płytę pod identycznym tytułem opublikował niejaki James Newell Osterberg. Czy coś mówi Wam to nazwisko? Nie? A Iggy Pop? I wszystko jasne. Co łączy obydwie te płyty - poza tytułem oczywiście - to fakt, że zarówno Pan jak i Pani, szerokiej publiczności znani są pod pseudonimami. I to by było na tyle, jeśli chodzi o podobieństwa. Bo tytułowy apetyt na życie w przypadku pani Elizabeth Woolridge Grant zdaje się być wspomagany przez solidną dawkę psychotropów.

Na ponad siedemdziesięciominutowy album składają się piosenki utrzymane w wolnych tempach, wyśpiewane charakterystycznym głosem wokalistki, który nadaje kompozycjom sznyt niespiesznej narracji. Zacznijmy od tego, co na piątym albumie Amerykanki najlepsze. Od razu trzeba zaznaczyć, że nie są to utwory wytypowane na single. Na wyróżnienie niewątpliwie zasługuje okraszony akustyczną gitarą When the World Was at War We Kept Dancing, gdzie Lana prezentuje szeroki wachlarz wokalnych możliwości, wchodząc także w wysokie rejestry, co wprowadza do kompozycji ruch i dramaturgię. Czyli to, czego generalnie na tej płycie brakuje. Heroin przykuwa uwagę za sprawą naprawdę udanych linii melodycznych partii wokalnych, które rozkręcają się od typowego dla Lany onirycznego śpiewu w zwrotkach, do emocjonalnych refrenów, gdzie znowu mamy udaną wycieczkę w wyższą tonację. Kolejnym mocnym punktem albumu jest minimalistyczna kompozycja Change, oparta na brzmieniu fortepianu, uzupełniona pięknymi harmoniami wokalnymi w refrenach. Natomiast jeśli chodzi o single, to najlepsze wrażenie robi Summer Bummer, z rapowanymi wstawkami, hip-hopowym podkładem i „błąkającymi” się odgłosami na dalszym planie. Niestety pozostałe utwory w większym lub mniejszym stopniu sprawiają wrażenie wypełniaczy. Profesjonalnie napisanych, wykonanych oraz wyprodukowanych, ale jednak wypełniaczy. Co więcej Get Free w zwrotkach mocno przypomina Creep Radiohead, niemal ocierając się o plagiat. Sytuacji nie ratuje plejada zacnych gości ze Stevie Nicks (znanej przede wszystkim z Fletwood Mac) na czele, która wystąpiła w Beautiful People, Beautiful Problems. Największym mankamentem płyty jest jej długość. Pozbawienie jej ewidentnie słabszych momentów, takich jak np. 13 Beaches czy Tomorrow Never Came z całą pewnością uczyniłoby ten materiał bardziej zwartym i spójnym. Niewykluczone jednak, że apetyt na życie wyraża się w jego jak najdłuższym smakowaniu. Szczerze mówiąc wolę doznania krótsze, ale za to bardziej intensywne.

DANIEL  KOWALCZYK

Powrót na górę