LORDE MELODRAMA - LAVA RECORDS 2017

Rzeczywistość mnie nie oszczędza. Jedną z największych opresji doświadczanych przez niżej podpisanego z jej strony, jest sytuacja, w której niejako nolens volens jestem postawiony na pozycji zrzędliwego tetryka. Dyskomfort wynikający z tego położenia jest tym bardziej uwierający, że ja wolę chwalić, niż ganić. A jednak rzeczywistość jest bezlitosna. A co najgorsze trzeszczy, będąc naciąganą przez mniej lub bardziej zawodowych naciągaczy rzeczywistości. Ich rolą jest kreowanie opinii. Są wśród nich szczwane lisy mające z tego procederu pokaźny profit, są i pożyteczni idioci występujący w roli pudeł rezonansowych.

I tak oto co sezon pojawia się genialna gwiazda, a muzyczne arcydzieła zdają się wyrastać niczym grzyby po deszczu. Odnoszę jednak wrażenie, że dzieje się tak jedynie w myśl zasady wyartykułowanej przez nazistowskiego ministra propagandy Josepha Goebbelsa, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. I tak oto po tym przydługim wstępie, dochodzimy do tego, że znowu - przynajmniej na użytek niniejszej recenzji - muszę przemienić się w zgryźliwego tetryka. Nie mam wyjścia. Wydana w czerwcu druga płyta nowozelandzkiej wokalistki, zatytułowana Melodrama, zdążyła już dotrzeć na szczyt amerykańskiej listy Billboard 200, a także zostać okrzyknięta przez opiniotwórcze media arcydziełem i albumem roku. No cóż, jeżeli sukces komercyjny jest faktem obiektywnym, z którym trudno polemizować, to już łatka arcydzieła i płyty roku są sprawą - delikatnie mówiąc - kuriozalną. Bowiem Melodrama absolutnie nie zawiera ani sekundy muzyki, która uprawniałaby do tak dalece entuzjastycznych opinii. Co zatem zawiera druga płyta Nowozelandki? Najogólniej mówiąc, znakomicie wyprodukowany oraz świetnie zaśpiewany współczesny pop. Lorde dysponuje charakterystyczną barwą głosu, która doskonale sprawdza się zarówno w dynamicznych wymiataczach z parkietowym potencjałem, jak Homemade Dynamite, jak i repertuarze bardziej lirycznym, spod znaku opartych na dźwiękach pianina Liability oraz okraszonym dodatkowo smykami Writer In The Dark. Mocnym punktem programu jest drugi na płycie Sober z ciekawie pomyślanymi harmoniami wokalnymi i pomysłową aranżacją. Natomiast oparty na wyrazistym bicie Supercut ma coś z atmosfery lat 80. Poza tym jest raz lepiej, raz gorzej, ale na pewno zawsze bardzo profesjonalnie. Po prostu słychać w tej produkcji każdego wydanego centa. Cóż z tego, skoro efekt jest mimo wszystko generyczny. Nawet, jeśli zawodowi zaklinacze rzeczywistości chcieliby inaczej.

DANIEL  KOWALCZYK

Powrót na górę