Fot. Szymon Świętochowski Fot. Szymon Świętochowski

OLDSCHOOL KUBY BADACHA

KUBA BADACH TO JEDEN Z NAJLEPSZYCH GŁOSÓW NA POLSKIEJ SCENIE MUZYCZNEJ. OD LAT, FUNKCJONUJĄC POZA CELEBRYCKIM SHOW BIZNESEM, GROMADZI NA KONCERTACH TŁUMY WIERNYCH SŁUCHACZY. NARESZCIE PREZENTUJE SWÓJ SOLOWY ALBUM "OLDSCHOOL", KTÓRY BĘDZIE PROMOWAŁ KONCERTEM W FILHARMONII PODKARPACKIEJ 8 LISTOPADA.

 

Twoja nowa płyta być może nie jest rewolucyjna, ale czy faktycznie jest oldschoolowa?

Tytuł może trochę mylnie sugerować, że ta płyta jest w stylistyce jakiejś konkretnej minionej epoki muzycznej. Nie o to mi chodziło. Oldschool odnosi się do sposobu pisania muzyki, sposobu, od którego się już odchodzi. Większość nowych, popularnych singli, z którymi spotykam się w rozgłośniach radiowych, to utwory świetnie wyprodukowane, świetnie brzmiące, ale w warstwie harmonicznej, chodzi mi o przebieg akordów, dla mnie zazwyczaj mało interesujące. Mimo że utwór może mi się bardzo podobać, po kilku przesłuchaniach o nim zapominam. W muzyce szukam większej ilości kolorów i czegoś, co skłoni mnie do zastanowienia nad konstrukcją i kompozycją utworu. Pewnie dlatego, że wychowywałem się na muzyce trochę trudniejszej, takiej jak Earth Wind & Fire, Stevie Wonder czy Jamiroquai w latach 90-tych. Wracając do tytułu mojej płyty, chodzi tu o sposób pisania, tj. bogatsze harmonie, piosenki o klasycznym przebiegu: zwrotka, refren, zwrotka, refren, most, modulacja, refren, ładne outro czy koda, wreszcie bogatsza aranżacja z wieloma płaszczyznami i przeplatającymi się melodiami granymi przez poszczególne instrumenty. To klasyczne podejście przebija z tego krążka.

Czy to właśnie z powodu dbałości o wszystkie wymienione przez Ciebie szczegóły płyta powstawała tak długo? Rozmawiamy o niej od kilku dobrych lat...

Byłem bardzo zajęty innymi projektami i zawsze brakowało mi czasu na to, żeby wejść do studia, wyciszyć się i pomyśleć nad tym, jak ta płyta ostatecznie powinna wyglądać. Byłem w ciągłych koncertowych rozjazdach. Pierwotnie ta płyta miała powstać niedługo po ukazaniu się albumu „Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny”, jakoś w 2012. Nagle zrobił się rok 2017, mi stuknęła 40-tka, a ja nadal tego obiecanego sobie i innym solowego krążka  nie miałem. Usiedliśmy z moim managerem Arkiem Kosem i poprosiłem go o to, żeby dał mi trochę luzu. Zrezygnowaliśmy z części zaproszeń koncertowych, co było bardzo trudne, bo koncerty to sama radość i przygoda, ale trzeba było to zrobić. W lutym tego roku wziąłem się solidnie do pracy, a w Wielkanoc rozpoczął się proces rejestracji płyty i trwał do września.

A jaki wpływ na przyspieszenie prac nad płytą miało opisywane przez Ciebie we wkładce płyty spotkanie z Barbarą Trzetrzelewską?

Miałem wielką przyjemność spotkania z panią Basią przy okazji jednego z koncertów. Od ikony, legendy, osoby, na której muzyce się wychowałem, usłyszałem bardzo ciepłe słowa na temat tego co robię i tego, jak to robię. Okazało się, że zna bardzo dobrze moje dokonania kompozytorskie i obserwuje mnie uważnie od kilku lat. Pani Basia rozłożyła mnie kompletnie na łopatki, podając konkretne tytuły i fragmenty moich utworów, udowadniając, że doskonale zna temat. Było to dla mnie tak ogromną motywacją i byłem pod tak wielkim wrażeniem, że obiecałem sobie i jej, że nagram tę płytę w tym roku, bo już nie mogę dłużej czekać.

Na nowej płycie w trzech utworach jako tekściarka zadebiutowała Twoja żona, Ola. Jak pracowało się z własną żoną?

To był trochę przypadek. Brakowało mi tekstów do paru utworów, a chciałem mieć kilka historii w języku angielskim. Te, które otrzymywałem z różnych źródeł nie do końca mi odpowiadały. Okazało się, że kiedy ja szukam tekstów, moja żona przysłuchuje się z boku piosenkom i w szybkim tempie pisze rzeczy, które bardzo mi się podobają. Powstały dwa teksty po angielsku i jeden najpierw w wersji angielskiej, a następnie polskiej, do utworu „Jestem kimś”. Współpraca była świetna, bo okazało się, że mieszkam pod jednym dachem z bardzo utalentowaną, młodą, dobrze zapowiadającą się tekściarką (śmiech).

Na płycie pojawia się też partia gitary nieodżałowanego Przemka Maciołka, Waszego przyjaciela z zespołu Poluzjanci. Domyślam się, że jego obecność na płycie jest dla Ciebie bardzo ważna.

Płyta „Oldschool”, to trochę podsumowanie iluś lat pisania do szuflady. Postanowiłem odgrzebać kilka starszych utworów, które były dla mnie interesujące. Utwór „Gdyby nie Ty”, w którym pojawia się Przemek, napisałem w bodajże w 2006 roku i zgłosiłem go do festiwalu w Sopocie, gdzie finalnie nie zrobił na nikim żadnego wrażenia (śmiech). Po przebrnięciu eliminacji, na które wysłałem demo, miałem trzy dni na skończenie utworu. Nagrałem bębny, fendera, bas i wokale, ale brakowało mi gitary. Poprosiłem Przemka o pomoc. Po latach udało mi się odzyskać nagrane przez niego ślady. Właśnie to ostatnie ogniwo muzyczne, które łączy mnie z Przemem, a które nie zostało wydane, skłoniło mnie do nagrania tego utworu raz jeszcze i umieszczenia go na płycie. Mam nadzieję, że gitara Przemka pojawi się też na czwartej płycie Poluzjantów, którą mamy zamiar nagrać w hołdzie dla niego.

Czy mógłbyś rozwinąć temat tej płyty?

W kwietniu 2015 roku skończyliśmy próby i pierwszy raz proces kompozytorski potoczył się innym niż zazwyczaj torem. Przestałem przynosić gotowe piosenki i cały materiał powstawał podczas wspólnego jammowania. Nowe utwory poszły w zupełnie inną stronę. Jest na nich obecny duch „poluzjantowy”, ale mają inny pazur. Jest tam mniej mnie, a więcej nas wszystkich. Przestaliśmy być zespołem kompromisu. Każdy dawał od siebie to, co chciał. Płyta miała ukazać się na 20-lecie zespołu, niestety w międzyczasie odszedł Przemek. Postanowiliśmy dokończyć nagrania przy pomocy innych gitarzystów, bo Przemek bardzo dużo wniósł do tego materiału, ale nie byliśmy wtedy w stanie tego zrobić, głównie na poziomie emocjonalnym. Życie pisze różne scenariusze, szczególnie dla naszego zespołu, ale w przyszłym roku chcemy ten album skończyć.

Na Twojej nowej płycie pojawia się Łukasz Belcyr, gitarzysta rodem z Rzeszowa. Jak doszło do Waszej współpracy?

Nie pracowaliśmy wcześniej ze sobą. Spotkaliśmy się raz przy okazji nagrań „poluzjantowych”. Polecił mi go mój kolega, basista Michał Barański. Wiedziałem, że Łukasz świetnie porusza się w różnych stylistykach, a ponadto komponuje swoje rzeczy. Wysłałem mu na próbę kilka utworów, nie sugerując niczego. Po kilku dniach wysłał tak fajne propozycje, że już wiedziałem, że się dogadamy. Gra jak wściekły, ma znakomity „time” i pomysły. Jestem bardzo zadowolony i czekam już na wspólną trasę i dalszą współpracę.

Jak wspominasz swój udział w roli wykładowcy w pierwszej edycji Bieszczadzkich Warsztatów Muzycznych w Zagrodzie Magija w 2015 roku?

To był znakomity czas. Jamy, które odbywały się na łonie natury obok lasu, to było coś wspaniałego. Żałuję, że przy kolejnych edycjach nie miałem na tyle czasu, żeby znów tam przyjechać, ale bardzo chętnie wróciłbym tam w przyszłości.

Od wielu lat regularnie koncertujecie z materiałem „Tribute to Andrzej Zaucha”. Czy to oznaka ponadczasowości Zauchy, nagroda za kultywowanie pamięci o nim?

Nie wiem na czym do końca polega ten fenomen, ale wydaje mi się, że jednym z czynników jest płyta, która jest zbiorem impresji, luźnych, choć dość odważnych interpretacji utworów Zauchy. Nasze wersje mocno różnią się od oryginałów. Na początku było to pewnie intrygujące dla słuchaczy, ale zyskiwaliśmy ich sympatię poziomem wykonawczym i przekonaliśmy jakością. Płyta osiągnęła status złotej i ciągle jest zapotrzebowanie na koncerty. Nie wiem na ile przyczyniliśmy się do zainteresowania młodych ludzi muzyką Zauchy, ale odczuwam satysfakcję, kiedy widzę jak młodzi mierzą się z tym repertuarem, chociażby w telewizyjnych „talent shows”.

Rozmawiał BARTŁOMIEJ SKUBISZ

Powrót na górę