Fot. Archiwum Olga Boczar Fot. Archiwum Olga Boczar

"PODKARPACIE ZAWSZE BĘDZIE DLA MNIE MIEJSCEM WYJĄTOWYM "

ROZMOWA Z OLGĄ BOCZAR, WOKALISTKĄ JAZZOWĄ, KOMPOZYTORKĄ I FLECISTKĄ ZWIĄZANĄ Z PODKARPACIEM, KTÓRA KILKA MIESIĘCY TEMU ZAPREZENTOWAŁA SWÓJ DRUGI ALBUM.

Jesienią zeszłego roku ukazał się album „Tęskno mi, tęskno”, zawierający pieśni ludowe w twoich interpretacjach, jak również autorskie utwory utrzymane w podobnej stylistyce. Skąd ten kierunek i w jaki sposób dokonałaś wyboru spośród bogatej skarbnicy polskiej muzyki ludowej?

Pochodzę z rodziny o bardzo silnych korzeniach muzycznych. Muzyka ludowa była często grana i śpiewana w moim domu rodzinnym, dlatego też zawsze zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Wybór utworów, które miały znaleźć się na płycie był wbrew pozorom prosty. Oprócz tych napisanych przeze mnie, pojawiło się także kilka, w moim odczuciu, najpiękniejszych polskich melodii ludowych, takich jak: „Dwa serduszka, cztery oczy”, „Matulu Moja”, „To i hola” i „Nisko słonko, nisko”. Trzy pierwsze znane mi jeszcze z dzieciństwa, podczas gdy na ostatnią trafiłam przypadkiem, interesując się szczególnie odłamem polskiej ludowizny, jaką są Kurpie.

Wraz ze swoim zespołem złożonym z absolutnie topowych polskich muzyków odcisnęliście silne piętno na muzyce źródłami prezentowanymi. Jaka była koncepcja jej interpretacji?

Głównym założeniem płyty było połączenie polskiej muzyki ludowej z jazzem. Pisząc utwory własne, inspirowałam się ludowizną (rytmem, skalami, melodyką), podczas gdy pieśni ludowe starałam się zaaranżować w sposób jazzowy, dając im podstawę rytmu i harmonii tej nieco bardziej amerykańskiej.  Można by rzec, że połączenie bardzo skrajne, ale w konsekwencji myślę, że dało ciekawy efekt.
 

Czy głośną ostatnio za sprawą filmu „Zimna Wojna” melodię „Dwa serduszka, cztery oczy” wybrałaś wcześniej?

Aranżację do tej piosenki tworzyłam w lipcu 2017 r. na długo przed tym, zanim jeszcze pojawiła się wieść o filmie. Jakie zdziwienie, a przy tym jaka radość mnie ogarnęła, kiedy będąc w kinie, usłyszałam piosenkę w wykonaniu Joasi Kulig, którą sama chwilę wcześniej nagrywałam. „Dwa serduszka, cztery oczy" – w „Zimnej Wojnie” totalnie odmienne nastrojem, spokojne i melancholijne, w sytuacji, kiedy u mnie na płycie, utwór zalicza się zdecydowanie do grupy tych bardziej ostrych, szybkich i „temperamentnych". To jest właśnie polska muzyka! Może nie ma w niej skomplikowanych bałkańskich rytmów czy arabskich skal, ale jest to, co najważniejsze - słowiańska dusza i czyste piękno, które jak się okazuje, może mieć nieskończenie wiele odmian.

Pochodzisz z okolic Krosna, jesteś pedagogiem na kierunku „Jazz i muzyka rozrywkowa" Uniwersytetu Rzeszowskiego. Czy, pomimo mieszkania w Warszawie, Podkarpacie jest dla ciebie nadal szczególnym miejscem?

Podkarpacie zawsze będzie dla mnie miejscem wyjątkowym. A dokładniej Haczów - miejscowość, w której się wychowywałam i dorastałam. Bywam w swoim domu rodzinnym tak często, jak jest to tylko możliwe. Dlatego też, pomimo dużej odległości pomiędzy Rzeszowem, a Warszawą, cieszę się, że pracuję na Podkarpaciu. Zajęcia na Uniwersytecie to często dla mnie również okazja do tego, by odwiedzić rodzinne strony.

Z Podkarpaciem jesteś również związana poprzez Bieszczadzkie Warsztaty Muzyczne w Orelcu, podczas których, co roku latem pracujesz z młodymi wokalistkami i wokalistami. Jak mogłabyś opisać te spotkania?

Zagroda Magija to magiczne miejsce, sprzyjające zarówno odpoczynkowi, jak i twórczym przedsięwzięciom. Jak jeszcze nie byliście, to koniecznie odwiedźcie Magiję, w szczególności podczas wakacji, kiedy odbywają się tam warsztaty muzyczne. Byłam w wielu miejscach w Bieszczadach i na wielu warsztatach muzycznych, ale na odwiedziny tego miejsca czekam co roku ze szczególną niecierpliwością. Kadra warsztatów w Orelcu złożona jest z topowych polskich muzyków, do tego świetna kuchnia pani Irenki (kto był w Magiji wie, co mam na myśli), cowieczorne jam sessions i to, co najlepsze – iście rodzinna atmosfera, o czym chyba najlepiej świadczą pełne listy uczestników i wyprzedane prawie wszystkie miejsca, na pół roku przed kolejną edycją.

Jesteś wokalistką, ale również flecistką i nie boisz się używać tego instrumentu. Flet w jazzie nie jest najpopularniejszym instrumentem, czy to dla Ciebie atut?

Choć flet nie jest zbyt popularnym instrumentem w jazzie, to umiejętność gry na tym instrumencie wielokrotnie daje mi dodatkowe możliwości, szczególnie te kompozycyjne. Bardzo lubię jego barwę i brzmienie, dlatego też staram się to wykorzystywać. Flet jednak nigdy nie pełni w moich utworach funkcji instrumentu solowego. Traktuję go jedynie jako instrument sekcyjny, dodatkowy kolor dla aranżacji.

Rozmawiał BARTŁOMIEJ SKUBISZ

Powrót na górę