Fot. Archiwum Tołhaje Fot. Archiwum Tołhaje

MAMA WARHOLA Z FRYDERYKIEM?

W ZESZŁYM ROKU, MAJĄCY SWOJE KORZENIE NA PODKARPACIU ZESPÓŁ TOŁHAJE, NAGRAŁ UNIKATOWY ALBUM, NA KTÓRYM WYKORZYSTANO GŁOS JULII WARHOL - MATKI ANDY`EGO WARHOLA. ZACZERPNIĘTO GO Z PŁYTY EBONITOWEJ, NA KTÓRĄ LATA TEMU JULIA NAGRAŁA W NOWYM JORKU PIEŚNI Z TĘSKNOTY ZA RODZINNYMI KARPATAMI. ROZMAWIAMY Z MARIĄ JURCZYSZYN-KULIK, WOKALISTKĄ ZESPOŁU.

 

Jak przyjęliście w zespole nominację do tegorocznych nagród Fryderyk w kategorii folk / muzyka świata za płytę "Mama Warhola"? To przecież nie pierwsza wasza nominacja i nie pierwsze wyróżnienie w długoletniej historii zespołu.

Ogromnie się ucieszyliśmy. W tym roku było bardzo dużo zgłoszeń w naszej kategorii. Pojawiły się też bliżej znane słuchaczom nazwiska - Prońko, Młynarski, Kayah, Waglewski, więc zupełnie się nie spodziewaliśmy, że znajdziemy się w ich gronie, ale przyznamy, że tliła się skrycie nadzieja. To dla nas wielki zaszczyt. Właściwie nie czekamy już na nagrodę, jest nią dla nas sama nominacja.

"Mama Warhola" to płyta wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Kto wpadł na pomysł wykorzystania głosu matki Andy`ego Warhola, śpiewającej stare rusińskie pieśni i wkomponowania ich w Waszą muzykę?

Na pomysł wpadł założyciel i filar zespołu - Janusz Demkowicz. O tym, że takie nagrania istnieją podpowiedział nam przyjaciel, Słowak - Milan Durňak. Pomysł bardzo się spodobał Damianowi Kuraszowi i Piotrkowi Rychlcowi. Ja byłam sceptycznie nastawiona, bo pieśni same w sobie nie porywają. Może dwie miały w sobie jakąś tajemnicę i wzruszającą melodię. Bałam się, że poza samą historią, nic nie będzie ciekawego na płycie. Zresztą piosenki te w większości znałam, nie były dla mnie więc jakimś odkryciem. Znałam też pochodzenie Andy’ego Warhola i może na mnie cała ta historia nie zrobiła aż takiego wrażenia, ale widzę, że warto było zaryzykować.

Czy śpiewając niejako z Julią, która swój głos nagrała kilkadziesiąt lat temu czułaś z nią jakąś duchową więź? Czy może jednak przemawiał bardziej duch samego Andy'ego Warhola, również obecnego na płycie?

Im dłużej słuchałam nagrań Julii Warholi, tym bardziej czułam, że w nie wnikam, wpadam, zagłębiam się, zanurzam z ogromnym zaciekawieniem. Przez te pieśni poznawałam Julię. Dużo czytałam o historii rodziny w międzyczasie (polecam genialną biografię Andy’ego Warhola, autorstwa Bockrisa) i miałam takie wrażenie, że przenosiłam się w czasie. Wyobrażałam sobie jak żyli i czułam ogromną tęsknotę Julii za Beskidami. To było wzruszające doznanie. Mam wrażenie, że wiem jaka ona była. Tak, myślę, że to była jakaś duchowa więź. A duch Andy’ego Warhola pojawia się w brzmieniu i tu pewnie więcej mógłby powiedzieć Piotr Rychlec - producent
i reszta zespołu, która tworzyła to brzmienie.

Jak Wasz album został odebrany wśród rodziny Andy`ego Warhola i wśród jego miłośników? Docierają do Was jakieś głosy w tej kwestii?

Tak, dostaliśmy wiadomość od bratanka Andy’ego - Jamesa Warhola. Był zachwycony, przekazał bardzo wzruszające podziękowania od całej rodziny, ponoć pokochali tę adaptację jej głosu. To było dla nas niezwykle miłe. Tym bardziej, że kilka tygodni później ni stąd, ni zowąd napisali nam: „Actually can’t stop listening!”. Bardzo chcieliby nas poznać i proszą o informację jak tylko będziemy w NY, co myślę, nie nastąpi niestety zbyt szybko.

Jesteś przesiąknięta muzyką kresów, pieśniami łemkowskimi, bojkowskimi, rusińskimi. Skąd u Ciebie tak wielka miłość do tradycji? Gdzie poznawałaś i poznajesz źródła?

Przyznam, że bardzo nie lubię tego przymiotnika - „kresowy”, wolę - tereny pogranicza, przygraniczny, polsko-ukraiński. Zostałam wychowana w rodzinie, która bardzo dba o swoje tradycje. Mam pochodzenie bojkowskie i łemkowskie, czyli rusińskie, ukraińskie. Zresztą jak to na pograniczu bywa - stykają się różne społeczności i kultury. Wspólne dla nich jest wyznanie grecko-katolickie albo prawosławne, ale przede wszystkim jest to obrządek wschodni i kalendarz gregoriański. Poza tym, w moim rodzinnym domu pieśni ludowe, obrzędowe towarzyszyły większości rodzinnych świąt i spotkań. Pewnego dnia, gdy byłam nastolatką, trafiłam na piękną powieść neoromantyczną - „W niedzielę rano ziele kopała” Kobylańskiej, która była przesiąknięta ludową fantastyką i symboliką. Zafascynowałam się wtedy ludowymi tradycjami oraz obyczajami. Na nowo zakochałam się w tradycyjnych pieśniach i z lubością interpretowałam znane mi od dziecka ludowe pieśni, uwielbiałam je analizować i odczytywać symbolikę dotąd mi nieznaną. Z tych starych pieśni, z muzyki naszych korzeni, można się wiele dowiedzieć o naszych przodkach, ale też o nas samych.

A gdzie słuchacze czy czytelnicy tego wywiadu mogą wybrać się, żeby doświadczyć na własnej skórze tych korzeni, tej tradycji? Są jeszcze takie miejsca?

Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to skansen, ale nas inspiruje żywa tradycja. Oczywiście takie miejsca też mogą pobudzić wyobraźnię, ale warto się wybrać na festiwale muzyki tradycyjnej, polecam szczególnie te, które odbywają się
w Kazimierzu Dolnym i Lublinie. Można tam dotknąć prawdziwej muzyki korzeni. Zapraszamy też na nasze koncerty, ale my ubieramy tradycyjną muzykę we współczesny kubraczek, żeby jej pierwszy odbiór był mniej bolesny dla słuchacza, któremu obce są chociażby ćwierćtony.

Ważną rolę w propagowaniu muzyki zespołu Tołhaje odegrał popularny serial "Wataha" realizowany przez HBO. Byliście częścią ścieżki dźwiękowej obydwu sezonów. Obecnie powstaje trzeci. Są plany na dalszą współpracę?

O, tak. To było dla nas duże wyróżnienie. Miło było siebie słyszeć w różnych stacjach radiowych przy zajawce serialu. Nie będę ukrywać, że byłam wtedy niezwykle podekscytowana. Dostaliśmy też wiele listów, w których nasi odbiorcy pisali, że dzięki serialowi nas poznali. Wiele ludzi pytało jak to możliwe, że dopiero teraz o nas usłyszeli skoro istniejemy już od 2001 roku. Cóż mieliśmy odpisać - magia telewizji (śmiech). Niezwykle to miłe. Jesteśmy wdzięczni produkcji serialu za szansę jaką nam dali. Staramy się jej nie marnować i pracujemy nad kolejną płytą, która być może zabrzmi w nowym sezonie.

Rozmawiał BARTŁOMIEJ SKUBISZ

 

Powrót na górę