Fot. John Rogers / ECM Records Fot. John Rogers / ECM Records

Tomasz Stańko - nowojorczyk z Rzeszowa

Ekskluzywna rozmowa  z Tomaszem Stańko – gigantem jazzu pochodzącym z Rzeszowa, który już 26 października wystąpi w Europejskiej Galerii Sztuki w Millenium Hall ze swoim nowojorskim kwartetem, promując najnowszą płytę „Wisława”.

 

Jest Pan w Nowym Jorku, jaka pogoda za oknem? Jak Pan wykorzystuje ten czas „totalnej wolności”, mieszkania w tym mieście, które nigdy nie śpi?

Za oknem piękna pogoda. Świeci słońce. Co prawda robi się już chłodno i niedługo włączają mi w mieszkaniu ogrzewanie, ale dalej jest pięknie tak jak dziś rano, kiedy jak zwykle spacerowałem w kierunku Harlemu. Po południu wybieram się do Muzeum Guggenheima na wystawę. Powoli zaczynam dawać sobie prawo, by czuć się nowojorczykiem. To mój drugi dom. Tutaj znajduje się najlepsze biuro mojej wytwórni ECM, która w Stanach jest dystrybuowana przez słynny Universal. Właśnie wczoraj byłem w Jazz Standards na koncercie trębacza Ralpha Alessi, gdzie widziałem się z moim wydawcą Manfredem Eicherem. Jutro gra basista Michael Formanek. Świetnie mi się też tutaj komponuje. Nowy Jork to niesamowite miasto, które posiada jedyne w swoim rodzaju, inspirujące wibracje. Od samego rana ludzie biegają po Central Parku i Riverside Drive, sam też tam biegam. Mieszkam na Manhattanie pomiędzy tym wszystkim. Ludzie gonią tu za sukcesem, powietrze emanuje ich siłą i wolą walki. Tutaj cały czas coś się dzieje.

 

Swoją najnowszą płytę „Wisława” nagrywał Pan w Nowym Jorku wraz z nowojorskimi muzykami, których zaangażował Pan do swojego nowego kwartetu. Jakie piętno odcisnął na płycie Nowy Jork?

Decydujące było to, że mogę przebywać w Nowym Jorku, w którym znów jest największa scena jazzowa na świecie i jest to najbardziej kreatywne miejsce, kuźnia nowoczesnej muzyki, która promieniuje na wszystko dookoła. Nie przez przypadek mój wydawca wydał w zeszłym roku 54 płyty. Jeszcze nigdy tak nie było. Są to w dużej mierze płyty amerykańskich muzyków młodego i średniego pokolenia. Tu w tej chwili dzieje się najwięcej. Kluby są pełne, muzyka nowoczesna, poziom fantastyczny. Bez mieszkania tutaj nie mógłbym siedzieć w środku tego wszystkiego, bo żeby wiedzieć, nie wystarczy przeczytać czy przyjechać od czasu do czasu, trzeba tu być, wyczuwać pismo nosem, wiedzieć, kto akurat w tym momencie jest najlepszy i kogo warto zaangażować. Zawsze mogę porozmawiać z kolegami muzykami, bo to w pierwszej kolejności oni, a nie dziennikarze wiedzą najlepiej, kto jak gra.

 

A czy już „dotarliście się” w tym nowojorskim składzie?

My już przed nagraniem płyty mieliśmy dużą trasę po Polsce i Niemczech, a także tydzień grania w nowojorskim Jazz Standards. Bezpośrednio po tym weszliśmy do studia. Byliśmy przygotowani. Muzyka grana z tymi ludźmi jest za każdym razem inna. Przy pierwszych naszych kontaktach ta muzyka była świeża, jakby dziecinna, teraz, po kilku trasach, jest bardziej dojrzała. Jesienią ruszamy w kolejną trasę, podczas której przyjedziemy do mojego ukochanego, rodzinnego miasta.

 

Wszyscy tu na Pana czekamy. Czy prywatnie bywa Pan w Rzeszowie? Odwiedza rodzinę?

Prywatnie to ja już nigdzie nie przyjeżdżam (śmiech), bo cały czas podróżuję zawodowo, ale ja jestem ze Zwięczycy, a Zwięczyca jest teraz częścią Rzeszowa. Nie wiem skąd to moje przywiązanie do miasta, bo mieszkałem w nim bardzo krótko, bo do 6-tego roku życia, ale ja się czuję przede wszystkim rzeszowianinem. Zawsze, kiedy spotykamy się z Vitoldem Rekiem (Vitold Rek, dawniej Witold Szczurek – kontrabasista pochodzący z Rzeszowa, wieloletni współpracownik Tomasza Stańko) powtarzamy, że my jesteśmy z Rzeszowa! Kiedyś po koncercie wziąłem taksówkę i przejechałem przez Zwięczycę. Niewiele pamiętałem, ale było tam jedno miejsce, które kojarzyło mi się z dzieciństwem. Tam nadal mieszka moja rodzina. W Rzeszowie jest córka jednego z moich wujków, a jej brat Wojtek Stańko mieszka w Krośnie. Utrzymujemy ze sobą kontakt.

 

Znał pan Tadeusza Nalepę?

Oczywiście znaliśmy się z Nalepą. Nie jakoś blisko, ale spotkaliśmy się kilka razy w okresie, kiedy grał już mniej i też zawsze mówiliśmy o Rzeszowie.

 

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że czuje więź, wspólną tożsamość, solidarność z innymi Polskimi artystami. Na czym to polega?

Jesteśmy małym krajem. Mówię to zupełnie bez kompleksów i to bardzo ważne w zrozumieniu tego, co chcę powiedzieć. Nikt nie będzie o nas dbał, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. Ja czuję się w obowiązku, żeby swoją muzyką pokazywać, zwracać uwagę na innych polskich twórców. Pamiętam, że zanim nagrałem „Litanię” z muzyką Komedy, ludzie trochę go pamiętali, ale po tej płycie większość już automatycznie kojarzyła, że Komeda to ten, który pisał dla Polańskiego w Hollywood i zginął w tragicznych okolicznościach. Trzeba było o nim przypomnieć. W takim samym celu nagrywałem płytę „Matka Joanna”, która była hołdem dla polskiego filmu, i w tym celu nagrałem „Wisławę”, żeby cały czas przypominać o naszej wielkiej sztuce, o naszych artystach takich jak Wisława Szymborska. Trzeba o tym mówić, bo świat jest wielki i co chwilę ktoś dostaje nagrodę Nobla, co chwilę nagradza się kino, np. z krajów azjatyckich. Każdy kraj chce zaistnieć. My musimy dbać o swoją kulturę. Musimy dbać o wielkich: Mrożka, Pendereckiego, Lutosławskiego i innych. Tak ja osobiście pojmuję patriotyzm i zawsze z chęcią będę takie rzeczy robił.

 

stanko 2

Pański najbliższy koncert w Rzeszowie odbędzie się w galerii sztuki znajdującej się w galerii handlowej. To znak czasu, że sztuka trafia w takie miejsca?

Bardzo dobrze pan to ujął. To jest znak czasu. Kultura powinna być wszędzie. Właściwie nie ma miejsca, w którym by jej mogło nie być. Powodzenie takich przedsięwzięć zależy w dużej mierze od organizatorów, promotorów etc. Ja lubię grać w takich miejscach, bo czuję się częścią popkultury i bardzo ją szanuję i cieszę się, że w Rzeszowie zagram akurat w takim

a nie innym miejscu.

 

Podkreśla Pan, że ceni popkulturę, ale jak odnosi się Pan do coraz częstszych skandali mających zwrócić uwagę na dane osoby? Walory artystyczne spychane są często na drugi plan.

Skandal to promocja. Wszystko dzisiaj jest krzykliwe. Ja nie oceniam czasów, w których teraz żyjemy. Są pewne rzeczy, które mi nie odpowiadają, ale przecież wszędzie są guziki, mogę wyłączać albo nie włączać, mogę nie przychodzić, ale nie muszę oceniać i narzekać. Proszę popatrzeć na politykę. Elity polityczne wszystkich partii z lubością stosują skandal jako metodę promocji i zwrócenia na siebie uwagi. Takim artystom jak Szymborska czy Penderecki skandal nie był potrzebny i nie chcieli po niego sięgać, i to nie znaczy, że ich muzyka trafi przez to tylko do wybranych koneserów. Ja niedawno grałem na festiwalu Krzysztofa Pendereckiego, który składał się z ponad 80 koncertów w Lusławicach (wieś w powiecie Tarnowskim, woj. Małopolskim, w której mieszka Krzysztof Penderecki – przyp. red.) i miejscowościach położonych w sąsiedztwie. Wszędzie były tłumy i wcale ta „wysokość” i „elitarność” kultury nie szła w parze z frekwencją. To jest znak naszych czasów, że w popkulturze jest miejsce dla wszystkich.

 

Znakiem naszych czasów jest również kultura obrazkowa. Pan nie kręci jako takich teledysków. Nie myślał Pan o takiej formie promocji swojej muzyki?

Teraz na youtube pojawia się masa materiałów, często robionych przez prywatne osoby, czasami są to interesujące rodzaje teledysków do mojej muzyki, a co do oficjalnych teledysków, jest to dosyć trudna sprawa. Rozmawiałem o tym z moim wydawcą i on z chęcią kręciłby teledyski, ale przy współpracy z największymi operatorami i reżyserami, a na to nie ma funduszy. Ja też z chęcią promowałbym swoją muzykę teledyskami, ale tworzonymi przez najlepszych.

 

Wracając do popkultury, Miles Davis nagrał swego czasu cover „Human Nature” Michaela Jacksona, a czy Pan wyobraża sobie nagranie coveru jakiegoś współczesnego popularnego wykonawcy?

Ja takich rzeczy nie robię, ale pamiętam, że kiedyś słuchałem wspólnego utworu Paula McCartneya i Michaela Jacksona i napisałem potem jedną kompozycje, której motyw był inspirowany przez piosenkę Paula. A co do Milesa, to on zawsze grał standardy, a utwory Michaela Jacksona to przecież standardy współczesnej muzyki. To nic innego jak współczesne „Stella by Starlight” czy „My Funny Valentine”.

 

Skąd u Pana taka świetna forma? Potrafi Pan zagrać kilkanaście koncertów dzień po dniu. Takiego tempa nie wytrzymują niektórzy młodzi muzycy.

Ja nie wiem, czy to jest takie męczące. Staram się dbać o siebie. Jak pan pewnie wie, przez długi czas żyłem ostro, ale od ponad 20 lat trwa moja, jak to nazywam, „wyczyszczona” część życia. Taki jestem, takie mam geny. Być może to Rzeszów, rzeszowiacy tacy są (śmiech).

 

Możliwe. Według kolejnych badań Rzeszów jest miastem, w którym żyje się bardzo dobrze.

Ja gratuluję gospodarzom miasta, bo jest naprawdę piękne. Inwestuję trochę w nieruchomości, to może na stare lata kupię sobie coś w tej Zwięczycy (śmiech).

 

Byłoby świetnie. Serdecznie dziękuję za rozmowę i do zobaczenia w Rzeszowie.

Dziękuję i proszę pozdrowić ode mnie cały Rzeszów!

 

Rozmawiał Bartłomiej Skubisz

 

Powrót na górę