Fot. Archiwum UM Rzeszowa Fot. Archiwum UM Rzeszowa

In memoriam Marek Czarnota

Drugiego dnia września zmarł Marek Czarnota. Był wybitną osobistością naszego miasta, znawcą dziejów Podkarpacia i Rzeszowa, publicystą, autorem wielu książek, artykułów oraz audycji w radio i telewizji. Zapamiętany został jako gawędziarz i prawdziwy rzeszowski „ulicznik”. Miałem okazję Go poznać.

 

Pierwszy raz z Markiem Czarnotą zetknąłem się, kiedy w telewizji prowadził swój autorski program pt. „Rzeszowskie ulice i okolice”. Wtedy to zasiadałem przed telewizorem i wsłuchiwałem się w charakterystyczny, nieco wyniosły, acz bardzo poprawny pod względem języka polskiego głos. Był to pan o niemniej charakterystycznych warunkach fizycznych, uwagę zwracały duże rogowe okulary, bujna bródka i pyzata twarz. Takiego właśnie Marka Czarnotę zapamiętałem z telewizyjnego programu regionalnego. Później zobaczyłem Go na jednej z rzeszowskich ulic w centrum miasta i, mówiąc szczerze, miałem nie lada satysfakcję z tej nietuzinkowej przygody. Potem przyszły studia, na boku również zainteresowania historią regionalną, a więc naszego miasta przede wszystkim. Czytałem praktycznie wszystko o regionie, aż wreszcie w Czytelni Głównej przy ul. Sokoła 13, w zbiorze regionalnym w Informatorium, wpadły mi w ręce publikacje Marka Czarnoty, a więc Jego już legendarne „Rzeszowskie ulice i okolice”, a także inne teksty traktujące w sposób bardzo przystępny, popularyzatorski i, co najważniejsze, w gawędziarskim stylu, o naszym mieście i najbliższej okolicy. Dopiero wtedy poznawałem Marka Czarnotę.

 

Wiosna

Tak się złożyło w moim życiu, że zacząłem współprowadzić małą wystawę muzealną w gm. Lubenia i siłą faktu zmuszony zostałem pogłębiać swoją wiedzę na temat regionu rzeszowskiego. Studia nad dostępną literaturą nie dawały stuprocentowego rezultatu i doszedłem do wniosku, że muszę czym prędzej skonsultować się w wielu nurtujących mnie sprawach. I w tym momencie pojawił się kto? Marek Czarnota! Zdobyłem się na odwagę i pofatygowałem do Działu Promocji w Urzędzie Miasta w Rynku i tam odwiedziłem Marka Czarnotę. Rzeczywiście, udało mi się zastać interesującego mnie urzędnika przy biurku (na prawo, zaraz za drzwiami wejściowymi do pokoju) i po krótkim wstępie wyjaśniającym cel mojej wizyty, szybko przeszliśmy do meritum sprawy. Oczywiście nie pamiętam głównego tematu rozmowy, ale rychło doszedłem do wniosku, iż na tej jednej wizycie i rozmowie nie może się skończyć. Wydaje mi się dzisiaj (ufam, że nie przesadzam), że Marek Czarnota miał to samo wrażenie i zaproponował mi wymianę numerów komórkowych. Zatem w ten sposób Marek Czarnota znalazł się na ścisłej liście moich kontaktów.

 

czarnota 2

 

Lato

Marek Czarnota był co jakiś czas nawiedzany przeze mnie, zazwyczaj w Dziale Promocji lub gdzieś przez przypadek na ulicy, po to tylko, aby skonsultować się w sprawach, które wybitnie mnie interesowały. Mówiąc szczerze, i chyba nie jestem w tej materii jedyny, zawsze miałem to wygodne rozwiązanie, że mogłem zatelefonować lub po prostu przyjść do Działu Promocji i po raz kolejny zawrócić głowę Panu Markowi, bo akurat w tamtym czasie, w tamtym momencie, coś lub ktoś mnie interesował, coś tam spędzało mi sen z powiek, czegoś musiałem się koniecznie dowiedzieć, rozwikłać zagadkę itp. Zawsze mogłem na Niego liczyć.

A jak wyglądała nasza rozmowa? Ja oczywiście wyczerpująco wyjaśniłem o co mi chodzi. Pan Marek słuchał uważnie, zawsze kiwając głową i „coś tam” mrucząc pod nosem. No a potem zaczynał się monolog, potok myśli, słów, terminów oraz istotnych i mniej istotnych informacji, dygresji, pobocznych wiadomości, no i rzecz jasna pytań, które miały na celu albo wyczucie czy kojarzę, o co w zasadzie chodzi, albo naprowadzenie mnie samodzielnie do konkluzji, do tego, o co tak po prawdzie mi chodziło. Tak właśnie to wyglądało. Marek Czarnota nawet w błahych sprawach nie mógł się powstrzymać, by nie ponieść się gawędzie. Cóż, taki miał styl, takim też był rozmówcą, takim był człowiekiem.

 

czarnota 3

 

Jesień

„Na mieście” chodziły słuchy, że Marek Czarnota choruje. Rzadko też bywał w pracy, a przez to był mało uchwytny. W grę wchodził tylko telefon, chociaż to też nie było proste, bowiem kiedy raz do niego zadzwoniłem, usłyszałem, że teraz nie może rozmawiać, że leży w szpitalu, że odezwie się do mnie. Słowa dotrzymał i oddzwonił. Było to bardzo miłe. Jakiś czas później spotkałem się z Nim przy okazji pracy nad tekstem o 500-leciu kultu maryjnego w Rzeszowie. Dowiedziałem się przy tej okazji, że był znawcą i w tym temacie – a jakże! Pan Marek od lat kolekcjonował pamiątki związane z patronką rzeszowskich bernardynów. W tamtym okresie wystawiał w budynku Czytelni Głównej swoją imponującą kolekcję i spotkaliśmy się właśnie tam. Pamiętam, w rozmowie uczestniczyła Roksana Głowińska z „Day and Night”, która pomagała mi w tym materiale, będąc odpowiedzialną za oprawę zdjęciową. Materiał wyszedł świetny, nie chwaląc się przy tej okazji, ale to też zasługa Marka Czarnoty, z którym przed rozpoczęciem prac (a może już w trakcie – nie pamiętam), omówiliśmy ten temat dokumentnie. Tego dnia widzieliśmy się dwa razy i na drugim spotkaniu Czarnota przyszedł z podstrzyżoną bródką, czego dowodem były widoczne na marynarce ślady małych włosków, z przewagą siwych. Przy tej okazji jeszcze ciekawostka. Jakieś dwa miesiące później rozmawiałem z Nim telefonicznie i usłyszałem tylko: „A nie wspomniał pan o tym… A szkoda…”. Nie wiedziałem, że będzie to nasza ostatnia rozmowa.

 

Zima?

Marek Czarnota był chyba najbardziej rozpoznawalnym rzeszowianinem. Osobą medialną, publicystą i dziennikarzem, uczestnikem wielu imprez okolicznościowych i kulturalnych. Odznaczony wyróżnieniem Zasłużony dla Miasta Rzeszowa w styczniu tego roku, kiedy to nasz gród obchodził równe 660 lat. Miał tę przewagę nad wszystkimi, jak chyba każdy historyk, a zwłaszcza regionalista, że posiadał to „coś”, znał dzieje swojej małej ojczyzny. Był świadomy historii, niemalże każdego zakamarka miasta. Stąpał jego ulicami i okolicami, parafrazując tytuł Jego sztandarowej książki. Marek Czarnota był też zakochany w książkach, był znanym bibliofilem, znawcą starych, miejskich i wiejskich opowieści. Był też interpretatorem legend i bajek regionalnych. To w głównej mierze Jego zasługa, że mieszkańcy Rzeszowa znają swoją historię. Obok Franciszka Kotuli, również znakomitego znawcy i gawędziarza o regionie, Marek Czarnota wykreował obraz dawnego Rzeszowa i jego najbliższej okolicy. Dzięki Jego zaangażowaniu nie zapomniano o ważnych osobistościach, wydarzeniach i miejscach z dawnych dziejów naszego regionu. Z tego też tytułu Czarnota powinien zostać zapamiętany (tu moja propozycja) jako... kustosz Rzeszowa i okolicy.

Jakub Pawłowski

 

 

Powrót na górę