Fot. Anna Powierża Fot. Anna Powierża

NAJLEPSZE ŚWIĘTA W RZESZOWIE

ROZMOWA Z KRZYSZTOFEM NAPIÓRKOWSKIM, POCHODZĄCYM Z RZESZOWA WOKALISTĄ, KOMPOZYTOREM, MULTIINSTRUMENTALSTĄ I PRODUCENTEM, KTÓREGO DOKONANIA CIESZĄ SIĘ UZNANIEM W CAŁYM KRAJU. ROZMOWA NIE TYLKO O MUZYCE...

 

Twój niedawny koncert w ramach Rzeszów Jazz Festiwal spotkał się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Czy koncerty w rodzinnym mieście mają dla Ciebie specjalne znaczenie? Na koncercie byli obecni Twoi rodzice…

Na pewno. Obecność rodziców i sporej części rodziny to nieczęste zjawisko, bo koncertuję w Rzeszowie dość rzadko. Jednak największą niespodziankę zrobiła wszystkim moja siostra, która niespodziewanie pojawiła się na koncercie, a mieszka w UK - złapała samolot, aby posłuchać naszego muzykowania. Było wesoło (śmiech).

Promujesz obecnie swój najnowszy album „10 x Twardowski”. Muzycy często sięgają po poezję ks. Twardowskiego. W czym tkwi jej siła?

Siła tej poezji tkwi w szczerości i prostocie. Autor nie epatuje lingwistycznym popisem. Daje samą esencję, niezwykle celnie i dobitnie, a zarazem łagodnie i subtelnie. Teraz jest czas Jana Twardowskiego - 10. rocznica śmierci i 100-lecie urodzin. Dobry pretekst, aby przypomnieć jego twórczość i postać.

A jak słowa ks. Twardowskiego działają na publiczność? Czy wywołują spore emocje? Wzruszenia? A może zmieniły coś w Tobie?

Na pewno kontakt z poezją czyni człowieka uważniejszym, poezja uwrażliwia i nazywa rzeczy, które tylko przeczuwamy. Rzeczywiście dostaję sporo listów, które świadczą o tym, jak silne jest oddziaływanie tekstu. Zawsze dziwi mnie, jak wiele jest interpretacji i indywidualnych spojrzeń na ten sam utwór. Poezja na pewno działa też i na mnie, bo to jednak praca ze słowem, a przecież myśli się słowami, a myśli urzeczywistniają się w postaci czynów. To są naczynia połączone...

Na polskiej scenie muzycznej popularność zdobywają często wykonawcy mający wulgarny, agresywny bądź prostacki przekaz, jednak jest cała grupa artystów stawiających na wrażliwość, piękno, melancholię. Taka twórczość ma również spore grono odbiorców. To znaczy, że jesteśmy aż tak podzieleni, jeżeli chodzi o gusta muzyczne?

Prowokacja, szokowanie - nie są niczym złym, ale tylko wówczas, jeśli idzie za tym autentyczny przekaz artystyczny. W przeciwnym razie tacy wykonawcy szybko znikają, bo granice dobrego smaku raz przekroczone nie dają się przekraczać w nieskończoność. Wulgarność jako środek wyrazu jest absolutnie dopuszczalna, ale jeśli staje się to głównym motywem - już nie. Sztuka musi w sobie zawierać pierwiastek piękna, bez tego jest tylko rzemiosłem, reportażem. To chyba Witold Lutosławski powiedział kiedyś, że świeżość jest tą cechą kompozycji, która najszybciej się dewaluuje. A gusta muzyczne są kwestią wrażliwości - moja na przykład jest ukształtowana na naturalnych brzmieniach, muzyce kościelnej, ludowej, klasycznej i jazzowej. Ale przecież ktoś może mieć zupełnie inną wrażliwość i ja to szanuję i chciałbym, aby moją również uszanowano.

Jak wspominasz swoje rzeszowskie lata? Pierwsze muzyczne fascynacje, pierwsze kroki w edukacji muzycznej. Czy w Twoim rodzinnym domu muzyka była ważna i obecna?

Tak, była i jest ważna. Było nas w domu pięcioro dzieci i każde z nas muzykowało na jakimś instrumencie. Kiedy chodziliśmy po osiedlu z kolędą, nie było na nas mocnych (śmiech). W domu rodzinnym półki są pełne książek, ojciec ma sporą kolekcję płyt winylowych, kupował mi też kasety - nie te wówczas najmodniejsze, ale ciekawe i wartościowe. Książki to również ważna sprawa w domu. Jeśli są na półkach, to zawsze można po nie sięgnąć i poczytać. Zresztą do dziś chętnie korzystam z biblioteki ojca, ma dobrą literaturę i przy okazji zawsze można go podpytać o to czy tamto. Szkołę muzyczną w Rzeszowie wspominam z ogromnym sentymentem. Najpierw uczyłem się w szkole I st. na Sobieskiego w klasie fortepianu u pani Joanny Mitał - Dworakowskiej, która świetnie ustawiła mi rękę na klawiaturze. Teraz, pomimo wielu godzin grania, trudno mnie zmęczyć. Rozrabiałem strasznie, ale p. Joanna była bardzo wyrozumiała, chociaż wymagająca. Potem Szkoła II st. im. Karola Szymanowskiego i klasa organów u śp. prof. Klemensa Gudla. To były dla mnie wspaniałe czasy. Profesor to był człowiek nie z tego świata, a już na pewno nie z epoki, postać niezapomniana i niezwykle oryginalna. Kiedyś graliśmy w auli w badmintona (w organach mieliśmy schowane rakietki) i stłukliśmy żyrandol. Pani dyrektor była bardzo zła, ale profesor nas nie wydał, chociaż o wszystkim wiedział. Zawsze był po stronie uczniów, w każdym starał się znaleźć i wydobyć coś dobrego. Akceptował to, że żyję w swoim własnym muzycznym świecie. Nawet mówił mi wprost, że on to rozumie i że to fajne, że jestem takim oryginałem. Nie byłem formatowany. Równolegle chodziłem też do Technikum im. Eugeniusza Kwiatkowskiego na Techniczną (obecnie Matuszczaka), ponieważ byłem zafascynowany elektroniką i informatyką. Dziś zdobyte tam umiejętności wykorzystuję w pracy producenckiej.

A kiedy pojawiła się decyzja o wyjeździe? Czy początki poza rodzinnym miastem były trudne?

Po maturze wyjechałem na studia do Krakowa. Dwa lata przed maturą występowałem już na Festiwalu Studenckim w Krakowie i bardzo chciałem być studentem w tym mieście. Kraków wtedy był jeszcze artystyczną ziemią obiecaną, bo obecnie przypomina już bardziej turystyczny lunapark. Miałem szczęście, bo moje piosenki wykonywane z zespołem „Po godzinach” założonym razem z Michałem Jurkiewiczem, usłyszał Grzegorz Turnau i zaprosił do Piwnicy pod Baranami. Ten pierwszy koncert w piwnicy pamiętam do dziś, ależ to były emocje. Udało mi się też zdobyć posadę organisty w kościele Arka w Nowej Hucie. Miałem do dyspozycji znakomite, ponad 50 głosowe organy i dobre, jak na studencką kieszeń zarobki. Dzięki temu przetrwałem i przy okazji mogłem ćwiczyć w nocy po zamknięciu kościoła. Prowadziłem chór, komponowałem i równolegle grałem na scenie, występowałem na festiwalach. Do tego studia na uniwersytecie i nauka w Krakowskiej Szkole Jazzu. Wtedy też przyszła na świat moja córka - Jadwiga. Dużo się działo (śmiech). Po studiach szybka decyzja o wyjeździe do stolicy i tu mieszkam i działam od ponad 8 lat. Początki poza domem są oczywiście trudne, ale jako młody człowiek nie znałem pojęcia zmęczenia. Od jakiegoś czasu dopiero dojrzałem do umiejętności odpoczynku. Uwielbiam popołudniowe drzemki (śmiech).

Wielu rzeszowskich muzyków poszło Twoją drogą, ale też część została w Rzeszowie. Powstał kierunek na UR „Jazz i Muzyka Rozrywkowa”, odbywają się cykliczne festiwale. Czy śledzisz to, co dzieje się w Twoim rodzinnym mieście?

Tak, śledzę i cieszę się bardzo. Miejsca tworzą ludzie. Od nich wszystko zależy. W wielu miastach w Polsce istnieją żywe środowiska, gdzie powstają wspaniałe muzyczne projekty. Rzeszów powinien być również takim miejscem, bo przecież jest niekwestionowaną stolicą regionu. Na pewno działania akademickie to dobry kierunek. To przyciąga młodych i zdolnych. Talent nie znosi próżni i na pewno już za chwilę usłyszymy o nowych dokonaniach młodych, rzeszowskich artystów. Jestem dumny, że miasto tak się rozwija. Proszę mi wierzyć, że sporo jeżdżę po Polsce i niewiele miast wygląda tak dobrze jak Rzeszów, ale chciałbym, aby rzeszowianie mieli dostęp nie tylko do nowoczesnej infrastruktury, ale również do wszelkich istotnych zjawisk z obszaru kultury i sztuki. Działanie kulturotwórcze jest bardzo ważne i rozwijające.

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Czy wracasz wtedy do Rzeszowa? Jak wyglądają Twoje święta?

Najlepsze dla mnie święta są w Rzeszowie z rodziną, z kolędowaniem. Czekam też bardzo na barszcz z uszkami, śledzika oraz łamańce z makiem, orzechami i miodem, które przyrządza moja mama. Mój starszy brat robi też niezłe galaretki.

Czego chciałbyś życzyć na święta swoim krajanom w Rzeszowie?

Dużo radości, kolędowania, dobrej muzyki i prezentów (najlepiej książki i płyty) i dobrego połączenia do Warszawy! (śmiech).

Rozmawiał  BARTŁOMIEJ SKUBISZ

 

 

Powrót na górę