Fot. Jakub Pawłowski Fot. Jakub Pawłowski

INDIE EXPRESS!

TYTUŁ NINIEJSZEGO ARTYKUŁU NIE JEST KOPIĄ ZNANEGO REALITY SHOW EMITOWANEGO W NIEMNIEJ ZNANEJ STACJI TELEWIZYJNEJ, ALE RACZEJ JEGO PARAFRAZĄ, BOWIEM SYTUACJA, KTÓRĄ CHCEMY TU OPISAĆ, MIAŁA DOKŁADNIE TAKI SAM WYDŹWIĘK. OTÓŻ PISZĄCY TE SŁOWA MIAŁ SPOSOBNOŚĆ BY ODWIEDZIĆ MAŁY, BA! MIKROSKOPIJNY FRAGMENT INDII W NIEPEŁNE TRZY DNI.

Kalkuta, Zachodni Bengal, bezpośrednie sąsiedztwo z Bangladeszem, grubo ponad 7500 km odległości od Polski, środek grudnia. Wyjazd służbowy, więc to już powinno dawać do myślenia, że wizyta była naprawdę krótka. Zwykle jak się decyduje na destynację w postaci Indii, pobyt organizuje się na przynajmniej miesięczną eskapadę, która bogata jest w odwiedziny licznych miejsc, lokalizacji, które często są nie do zdobycia dzięki popularnym środkom lokomocji. O samych Indiach i ich walorach krajobrazowych, kulturowych, historycznych i turystycznych nie ma co się rozpisywać, bo to rzecz oczywista. Warto jednak zwrócić uwagę na sprawy, które w jakiś sposób mogą się okazać przydatne, jeśli ktoś zdecyduje się na zwiedzanie Indii lub któregoś z mikroregionów tego ogromnego kraju.

i1

PODRÓŻ
W tym przypadku podróż rozpoczęta została z Rzeszowa, a dalej już z Warszawy, bo stamtąd zarezerwowany był wylot. Z Warszawy z kolei najwcześniejszym samolotem do Monachium. Niestety organizatorzy lotu nie przewidzieli, że przecież z Rzeszowa można bardzo szybko (niecałe 2 godziny lotu) dostać się bezpośrednio do stolicy Bawarii. Z Monachium wylot przewidziany był do New Delhi, stolicy Indii, aby stamtąd przedostać się do oddalonej 1400 km Kalkuty, głównego miasta słynnego Bengalu Zachodniego. Łącznie podróż potrwała… uwaga 26 godzin. Dlaczego? Ano dlatego, że w New Delhi autorowi niniejszych słów nie było dane wejść na pokład samolotu. To z pewnością wynik perturbacji logistycznych, jakie zdarzają się dość często w Indiach, bo popyt na loty w tym kraju jest przeogromny, a liczba samolotów niewystarczająca. Naturalnie powrót miał miejsce w analogiczny sposób, z tą różnicą, że trwał o 4 godziny krócej.

i3

MIASTO
Kalkuta lub poprawniej Kolkata przywitała absolutną ścianą klimatyczną. Żar z rozgrzanego nieba lał się niemiłosiernie. Termometry na lotnisku wskazywały 35 stopni Celsjusza, ale w rzeczywistości mogło być 10 stopni więcej. Kolejny stopień zdumienia, choć to słowo chyba w nieodpowiedni sposób oddaje reakcję, był przejazd taksówką do hotelu. Dystans do pokonania to 20 km przez samo centrum miasta, które wedle ostatnich wyliczeń, ma grubo ponad 5 100 000 mieszkańców!  Udało się wsiąść, tj. być wciśniętym niemal na siłę przez naganiacza, który pobrał gotówkę już na wstępie nim dojechało się do miejsca docelowego, do osławionej żółtej taksówki pamiętającej rok produkcji - coś około pierwszej połowy lat 50. minionego stulecia. Przy tym jazda taką taryfą, to nie tylko atrakcja sama w sobie, ale absolutny szok kulturowy w najszerszym tego słowa znaczeniu. Klakson jest absolutnie wszystkim, nie funkcjonują reguły drogowe, jeździ się pod prąd, a jak trzeba, to spycha się inne auto, rikszę, albo tuk-tuk, a w najgorszym przypadku ludzi idących poboczem! Do tego co rusz mijający nas środkiem drogi przechodnie, krowy i psy. Psy leżą też wprost na jezdni, na samy jej środku, by odrobinę odpocząć od gorąca. Taksówkarz gestykulował, przeklinał po bengalsku lub w hindi, co jakiś czas zwracając się, nie patrząc przy tym za kierownicę, łamaną angielszczyzną, z której dało się wychwycić poszczególne tylko słowa lub półsłówka, w znaczeniu, że: "Tu jest to normalne!" W pewnym momencie ogromny i kolorowy, wypełniony po dach ludźmi autobus, zaczął nas spychać na pobocze. Niepotrzebnie wzburzony taksówkarz wcisnął pedał gazu, wyminął autobus i jednym raptownym ruchem kierownicy zagrodził mu drogę i zmusił do zatrzymania się z piskiem jego ogromnych opon! Nagle wyszedł z auta i rozpoczął niezwykle zajadłą kłótnię o przebieg całej sytuacji. Po kilku minutach… powtórzyć należy: kilku minutach, wsiadł do auta, uśmiechnął się do pasażera z Polski i pojechał dalej, ku hotelowi. Po drodze taksówka utknęła w korku, a kątem oka udało się wychwycić stojący na sygnale ambulans z chorym z tyłu. Nikt nie zareagował na tę sytuację. Karetka pogotowia musiała odczekać swoje w samochodowej, rikszowej i rowerowej kolejce.

i4

ŚRODOWISKO
Po dotarciu z opóźnieniem do hotelu, który okazał się być absolutnym azylem, gdzie pojęcie „klimatyzacja” nabrała wręcz mistycznego znaczenia, a obsługa hotelowa w najwyższym standardzie światowym zaproponowała drobny poczęstunek lodowatą wodą i zaniosła bagaż do świeżo przygotowanego pokoju. W tymże pokoju piszący te słowa padł na przysłowiowy pysk i obudził się tuż przed umówionym spotkaniem w celach służbowych – jakże bardzo to pojęcie umknęło wówczas po takiej dawce przeżyć w taryfie. Później był czas, by wreszcie wyjść „na miasto”. Przesympatyczny przewodnik, który zjawił się w recepcji i dzielnie czekał na przybysza z Polski, oznajmił, że jedziemy do najbardziej znanego miejsca w Kalkucie – świątyni bogini Kali. Zabrzmiało niezwykle interesująco! Mówiąc od razu bez ogródek, w momencie wejścia na teren świątyni zabroniono nam używać aparatów… Nie udało się uchwycić rytualnego zabicia, potem ciągnięcia za racice, a następnie odrąbania zwłok czarnego koziołka, któremu odrąbano głowę tuż przy nas. Wszystko ku czci bogini Kali. Nie udało się uchwycić niemal histerycznie reagujących bosych wyznawców hinduizmu, na nasze pojawienie się w butach na terenie przy świątyni.Nie udało się, co jest oczywiste, uchwycić rynsztoka, który cuchnął tak, że gdyby nie powszechnie okadzane miejsca, to tubylcy i my, umarlibyśmy w epidemicznym stanie chorobowym. Nie ma "na kliszy" kotłów z ryżem i gotującym się mięsem rytualnie zabitych zwierząt - kurczaków, baranków, kozłów i ryb. Udało się jednak wejść do restauracji, niestety hotelowej, gdzie wręcz w teatralny sposób kucharze serwowali nam lokalne frykasy: kurczaki w różnych odsłonach, grillowane i nie tylko warzywa i co najważniejsze, najprawdziwszy kebab, najlepszy jaki piszący te słowa miał okazję zjeść!

JAKUB PAWŁOWSKI

 

Powrót na górę