Fot. Archiwum Day&Night Fot. Archiwum Day&Night

NOWY MAG MEDIOLANU KRZYSZTOF PIATEK

O Krzysztofie Piątku mówi się w Polsce od dobrych sześciu miesięcy. Warto jednak zastanowić się, o jak wielkiej skali fenomenu mówimy - w końcu gdy w naszym kraju, typowo, tonowano nastroje po jego wejściu z buta do Serie A, Włosi nazywali go już nowym papieżem.

Transfer Piątka do Genoi w zeszłym roku nie odbił się szerokim echem nawet w naszym kraju. Ot, solidny ligowiec, który świetnie egzekwował rzuty karne, ruszał do słabiutkiej drużyny z Serie A, w której pewnie nawet nie przebije się do pierwszego składu. Ówczesny szkoleniowiec klubu z Genui od pierwszego treningu zakochał się jednak w Polaku i uczynił z niego podstawowego goleadora. Efekt? Debiut w meczu o stawkę to cztery bramki Piątka w ciągu pierwszej połowy spotkania w ramach Pucharu Włoch przeciwko drugoligowemu Lecce. W Polsce wciąż tonowano nastroje: „przecież to dopiero początek, a przeciwnik z niskiej półki. Krzysztof jeszcze posiedzi na ławce!". Może i posiedzi, ale nie w najbliższej przyszłości. Piątek zagrał w kolejnych dziewiętnastu kolejkach Serie A, jedynie dwukrotnie wchodząc z ławki rezerwowych, strzelając trzynaście bramek! Warto pamiętać, że Geona nie stwarzała sobie dużo sytuacji, a Piątek, poza kilkoma dostawieniami nogi, potrafił pokonywać bramkarzy z naprawdę trudnych pozycji. Dorzucił do tego jeszcze dwa dobrze wyegzekwowane rzuty karne w pucharowym starciu przeciwko Entelli (później nie pomylił się także w serii jedenastek) i mocny debiut w wyjściowym składzie reprezentacji, okraszony, jakżeby inaczej, golem w starciu z Portugalią. Ta eksplozja formy skończyła się wielkim transferem. Największym w historii polskiej piłki. Krzysztof Piątek zasilił wielki AC Milan za 35 milionów euro, celem zastąpienia Gonzalo Higuaina, który odszedł do Chelsea. W Mediolanie zapanowała Piątkomania jeszcze przed debiutem zawodnika. Prasa nazywała go „papieżem", a kibice uczyli się charakterystycznej „cieszynki" naszego reprezentanta. Wielu Polaków wróżyło Piątkowi szybki zjazd - za wysokie progi, problemy z komunikacją, presja etc. Co zrobił były gracz Cracovii? Wszedł do Milanello jak do siebie. W mediach społecznościowych nie da się przeoczyć, że koledzy z klubu wprost go uwielbiają. Filary drużyny pozują z nim do zdjęć, a Bakayoko nazywa Piątka „Shevą", porównując go do prawdziwej legendy Milanu, Shevchenki, autora 175 goli dla klubu z San Siro. Nie bez powodu. W trakcie dwudziestominutowego debiutu w nowej drużynie, Krzysztof Piątek zdążył wywalczyć tytuł zawodnika meczu, według największej włoskiej gazety, „La Gazetta dello Sport", a kolejne cztery spotkania to bilans sześciu zdobytych bramek, z czego dwie przeciwko rozpędzonej Atalancie to małe dzieła sztuki. W czym polega sekret Piątka? Poza formą czysto sportową, to po prostu facet niesamowicie silny psychicznie. Nie boi się niewiedzy czy jakichkolwiek braków. Idąc do Genoi mówił wprost, że aby poznać kolegów, musiał pograć nimi w grze wideo, a na prezentacji w Milanie po popełnieniu faux pas w związku z nazwaniem legendą klubu tylko Shevchenki, przy jednoczesnym zignorowaniu Leonardo, obecnie dyrektora sportowego Milanu, związanego wcześniej z klubem z San Siro jako piłkarz i trener, obrócił wszystko w żart. Po wspomnianym starciu z Atalantą, Piątek wskoczył na drugie miejsce (ex aequo z Robertem Lewandowskim), w liczbie zdobytych w tym sezonie bramek we wszystkich rozgrywkach, a „La Gazetta dello Sport" poświęciła Polakowi całą okładkę, tytułując go magiem. Dodatkowo Piątek jest aktualnie drugi w klasyfikacji zawodników Serie A, potrzebujących najmniej minut na zdobycie bramki (a pierwsze miejsce okupuje Arkadiusz Milik!). Posadził też na ławce wychowanka Milanu, przygotowywanego na legendę klubu Patricka Cutrone, a w ciągu pięciu spotkań dla rossoneri zdobył już więcej bramek, niż tacy zawodnicy jak Fernando Torres czy Mattia Destro.  Cieszmy się, że mamy kolejnego fantastycznego napastnika, który w Serie A rywalizuje, jak równy z równym, z Cristiano Ronaldo w walce o tytuł króla strzelców. Polska reprezentacja będzie jeszcze miała z Krzysztofa Piątka mnóstwo radości. 

PAWEŁ PACZOCHA

Powrót na górę